niedziela, 18 października 2015

Rozdział 32/ I że Cię nie opuszczę.


Chciałam zadedykować ten rozdział wszystkim osobom, które nadal są ze mną, wierzą we mnie i czytają to, co tutaj zamieszczam. Tym, którzy pamiętają o tej Mrs.Blanco. Dziękuję Słoneczka, jesteście dla mnie naprawdę WSZYSTKIM.
A tymczasem zapraszam na długo wyczekiwany rozdział.
Besos xx





Martina

Tamtejsze wydarzenie, te wszystkie słowa… Zrobiły mi okropny mętlik w głowie. Nie, to nie może być prawdą… A może jednak… Ehh. Jorge mnie kocha? Na sercu poczułam przyjemne ciepło. Czyżby możliwe było, że darzymy się tym samym, magicznym uczuciem? Delikatny i uroczy uśmiech wkradł się na moje usta i delikatnie się zarumieniłam. Nagle, dotąd nie mam pojęcia skąd, pojawiło się przede mną lustro. Dopiero teraz mogłam ujrzeć jak wyglądam. Oczy były zmęczone, a wargi sine. Nie miałam na twarzy ani grama makijażu, jednak nie wyglądałam jak potwór, a wręcz przeciwnie, niczym anioł. Włosy dłuższe niż zwykle, układały się w delikatne fale. Miałam na sobie białą sukienkę z koronki. Sięgała mi przed kolano oraz do łokcia. Na nogach miałam natomiast białe, niezbyt wysokie szpilki. I jeszcze jeden szczegół, coś, co szczególnie rzuciło mi się w oczy. Naszyjnik od Jorge. Biła od niego dziwna łuna. Delikatnie dotknęłam go.

- Byłem, jestem i będę. Zawsze, bo Cię kocham, słyszysz? – usłyszałam te słowa, jednak jakby gdzieś w oddali. Głos także był rozmyty i niewyraźny, przez co nie mogłam określić jego właściciela. Przeniosłam wzrok na lustro. Jego tafla wydawała mi się połyskująca, jakby miała drugie dno. Spojrzałam w tył, z nadzieją, że może pojawiło się wyjście bądź kolejne drzwi. Niestety nie. Ugh… Czyli czeka mnie długa wędrówka. Poszukajmy jednak drugiej strony medalu. Będę miała dużo czasu na przemyślenia. Nikt w końcu na mnie nie czeka. Łańcuszek zaświecił mocniej. Nie, Jorge przecież ma Stephie…Mętlik powrócił. Możliwe, żeby jednocześnie kochał mnie i Stephie? Przecież on taki nie jest. Niepewnie dotknęłam lustra. Miałam rację. Moje chude palce znalazły się po jakiejś drugiej stronie. Ponownie upewniłam się, czy nie ma czegoś za mną. Po dłuższej chwili weszłam w tę tajemniczą i magiczną otchłań.

Po raz kolejny ujrzałam znajome mi miejsce, No tak, to w końcu salon…Teoretycznie w moim domu, chociaż szczerze mówiąc nie wiem jak to będzie, skoro okazało się, że German nie jest naszym ojcem. Przeniosłam wzrok na kanapę, a tam ponownie ukazał się mój ukochany, jednak tym razem z moim starszym bratem. Westchnęłam. Nie wytrzymywałam już psychicznie, miałam wręcz ochotę w ogóle się nie budzić. Bo w sumie po co? Usiadłam przed nimi na drugiej sofie, w celu dokładnego przysłuchania się rozmowie, w końcu chyba nadal jestem w przeszłości, więc może dowiem się czegoś nowego. Jeszcze raz zlustrowałam zapowiadającą się sytuację. Chwila. Pamiętam ten moment. Byłam wtedy w kuchni i robiłam coś do jedzenia. To pierwsze spotkanie mojego brata z Jorge, kiedy to dopiero do nas przyjechał, zanim jeszcze poznał Germana i resztę. Przed nocą spadających gwiazd, a po kłótni przez Agnes i Carlę. Tak, to było wtedy. Zerknęłam w stronę tamtego pomieszczenia. Nikt się tam jednak nie krzątał, co w sumie jest logiczne, ja „jestem” teraz tu. Wróciłam do obserwowania moich chłopaków.

- To kiedy mogę zacząć mówić do ciebie szwagrze? – zapytał Francisco. Znów to uczucie. Serce mi się zatrzymało, a ja sama poczułam jak robi mi się gorąco. Wszystko zaczyna mi się kleić w całość...
- Co? – wyprostował się. No właśnie, o czym ty mówisz? Mogłabym uwierzyć, szkoda tylko, że nie chcę. Boję się, że to tylko moja wyobraźnia, a teraz przeżywam y tylko chory sen… Że gdy wyzdrowieję to wszystko pryśnie, a jego nie będzie. Boję się prawdy.
- No jak to co, pytam od kiedy mogę zacząć mówić do ciebie szwagrze. – odpowiedział ze śmiechem. Westchnęłam.
- Francisco, to nie jest śmieszne… O co ci chodzi? – zapytał po raz kolejny już lekko zdenerwowany. Widzę, że nie tylko ja jestem już zdenerwowana całą tą sytuacją. 
- Myślisz, że nie widać? Jeszcze nie prześledziłem Martiny, ale po tobie widać na kilometr, że ona ci się podoba. – oboje zamarliśmy.
- Cicho, bo jeszcze usłyszy. – skarcił go Blanco. Zaczęłam się pocić, a obraz ponownie zacząć się rozlewać. Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale mam nadzieję, że niebawem się to skończy. Ponownie znalazłam się w tym lustrzanym miejscu. Muszę sobie wiele poukładać. Jak na razie wszystko wydaje mi się zbyt idealne, żeby było prawdziwe. Mam nadzieję, że czas pokaże, czy Jorge rzeczywiście darzy mnie uczuciem, jakim jest miłość. Nie widząc kolejnych drzwi poczułam złość.
- O co w tym wszystkim chodzi?! – krzyknęłam. Rozniosło się echo, a naszyjnik ponownie zaświecił. Dotknęłam go.
- Jeszcze nigdy nie byłem tak zakochany jak teraz, w Tobie. – ten sam głos. Był trochę wyraźniejszy, jednak nadal nie mogłam ustalić, kto mówi to wszystko… Kto wyznaje mi te uczucia. Starłam pojedyncze łzy i po raz kolejny już przeszłam przez lustro.



To miejsce było banalne do rozpoznania. Plan teledysku do „Naszej drogi”. No pięknie, czyli ta „dobra” część tej mojej podróży w czasie dobiegła końca, tak? No dzięki. Rozejrzałam się. Znów poczułam ból. Pocałunek tego zdrajcy i Stephie. Gdyby nie on… Kto wie, może siedzielibyśmy z Jorge szczęśliwi i uśmiechnięci. No ale nie. Wypadek, musiał być ten paskudny wypadek. Marzę tylko o pełnym powrocie do zdrowia. 

Odsunęli się od siebie. Mnie już tam wtedy nie było. Uciekłam zalana łzami, jak teraz. Szkoda, że tu nie ma drogi ucieczki. Z grymasem wymalowanym na twarzy spojrzałam na Jorge. Chwila… Czy on ma niezadowoloną minę?
- Coś nie tak kochanie? – zapytała Stephie. Poczułam jak mi się odbija. To było okropne. 
- Musimy porozmawiać. – powiedział – poważnie. – dodał od razu. Zauważyłam, że czegoś nerwowo szuka. Albo kogoś. Chodził po całej Sali, po całym planie, pytał wszystkich. A Stephie stała znudzona oglądając paznokcie. Nienawidzę jej. Jorge wrócił po chwili, dzwoniąc do kogoś. Przeklnął pod nosem. Zapewne dlatego, że ten ktoś nie raczył odebrać.
- Zadzwoń do mnie jak tylko będziesz mogła Tini, martwię się. – powiedział. Czyli dzwonił do mnie? Niemożliwe. No ale dobrze, chcę wiedzieć co dalej. Jorge, do rzeczy, proszę.
- Bo widzisz… Kiedyś nas coś łączyło. To było uczucie. Piękne uczucie. Ale ono wygasło. Stephie przepraszam, ale… ale ja kocham inną. – moje brązowe źrenice poszerzyły przynajmniej o kilkanaście milimetrów. 
- Kogo? – spytała cicho. No właśnie, kogo? Wtedy nawet nie przeszło mi przez myśl, że może chodzić o mnie. Zaczęłam kojarzyć fakty, z kim miał kontakt, kogo mógł tak silnie pokochać. 
- Kocham Martinę. – wyjaśnił. Zakręciło mi się w głowie. Obraz się rozmył ponownie. Tym razem jednak o wiele mocniej. Wszystko zaczęło wirować.
- Tylko my.
- Na zawsze razem.
- Nigdy Cię nie opuszczę.
- Kocham Cię księżniczko.
- Martina … - słyszałam szepty zlewające się ze sobą. Tak bardzo się bałam…


I wtedy, zupełnie nagle, wszystko ucichło. Otworzyłam oczy. Nie ma lustra. Widzę tylko dwoje drzwi. Mogę uciec? Podeszłam do nich. Cała nadzieja prysła. Wielkimi literami na jednych napisane było TERAŹNIEJSZOŚĆ, a na drugich PRZYSZŁOŚĆ. Czyli to dopiero początek. Dowiedziałam się jedynie tego, że Jorge być może mnie kocha. Być może, bo nie wiem, czy to co widziałam jest prawdą… Westchnęłam i udałam się w stronę PRZYSZŁOŚCI.


PRZYSZŁOŚĆ


Czy mam zwidy? Czy to kościół? I najwidoczniej odbywa się jakiś ślub, bo przy ołtarzu stoi dziewczyna w białej sukni oraz dobrze zbudowany chłopak w smokingu.  Niepewnym krokiem pełnym obaw udałam się do ołtarza. Ujrzałam twarze młodej pary… I zamarłam. Nie wierzę. To ja? I Jorge?! My… my razem? Jako małżeństwo, przy ołtarzu? O co tutaj chodzi? 

- Ja, Jorge, biorę Ciebie Martino za żonę, i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. – powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Ja, Martina, biorę Ciebie, Jorge za męża, i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz to, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci. – powtórzyłam. Po dłuższym przemyśleniu muszę przyznać, że podoba mi się… Marzy mi się to od dłuższego czasu. Bycie prawdziwą i jedyną panią Blanco. Wróciłam do ceremonii mojego ślubu.
- Martino, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. – odparł Jorge zakładając mi na palec złotą, przepiękną obrączkę. Muszę przyznać, że mamy gust.
- Jorge, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. – ponownie powtórzyłam słowa po Jorge i kapłanie. Gdy ten oświadczył, że jesteśmy małżeństwem, mój ukochany od razu mnie pocałował. Ta scena była tak idealna. Szkoda, że wyglądała jak wyrwana z jakiejś komedii romantycznej. Westchnęłam rozmarzona, ale i odrobinę zmarnowana. Nie wiem co mam myśleć. Czyżby była mi pisana przyszłość u boku Blanco? Wszystko ponownie zaczęło się rozmywać, a po chwili znalazłam się w znanym mi już miejscu. Czekałam tylko aż usłyszę głos z naszyjnika, nim przejdę dalej. To jednak nie nastało. Nie rozumiem. To nie ma żadnego sensu. Czy ktoś może mi to wszystko wytłumaczyć? Byłabym naprawdę wdzięczna. Westchnęłam i przeszłam przez taflę lustra.



Teraz znajdowałam się w miejscu, którego zupełnie nie kojarzyłam. Był to śliczny dom. Może się przejdę i obejrzę go. Naprawdę podoba mi się w jaki sposób został urządzony. Bardzo pasuje do…

- Kochanie! – usłyszałam wołanie. Udałam się w stronę, skąd dochodził głos. Znalazłam się w kuchni i ujrzałam… siebie. Tyle, że o jakieś siedem lat starszą. Nagle w pomieszczeniu znalazł się, według „przepowiedni” mój przyszły mąż. Tak, mówię tu o Jorge. Nie było po nas specjalnie widać, że jesteśmy już dorośli.
- Weźmiesz te truskawki? – zapytałam z uśmiechem. Blanco uśmiechnął się i skinął głową, po czym chwycił koszyczek. Spojrzał na mnie i objął w pasie.
- Mówiłem Ci już, że Cię kocham? – zapytał z uśmiechem. Zaśmiałam się.
- Ze sto razy. – szepnęłam i odwróciłam się w jego stronę. Włożył mi truskawkę do buzi, po czym słodko pocałował. Szkoda tylko, że mogę jedynie na to patrzeć. Ale kiedy dłużej o tym myślę… To wszystko jest naprawdę słodkie i urocze. I jeśli to wszystko rzeczywiście się sprawdzi, będę prawdziwą szczęściarą. 
- Mamo, tato! – do moich uszu dostał się dziecięcy głosik chłopca i dziewczynki. Dochodził bodajże z ogrodu. Jorge odsunął się ode mnie i wziął na barana, po czym skierował w tamtą stronę. Śmialiśmy się. Szkoda, że aktualnie nie jesteśmy w takich relacjach. Poszłam za nami/nimi do ogrodu, gdzie na trawie bawiło się dwoje rozkosznych dzieci. Rodzice dołączyli do nich, a ja stałam oparta o framugę drzwi, przyglądając im się. Mam szansę być naprawdę szczęśliwa? Być panią Blanco? Mieć dzieci? Mam szansę mieć się do kogo uśmiechać każdego dnia? Zamknęłam oczy na dłuższą chwilę, czując, że powracam do lustrzanego pokoju. To jednak nie nastało. Po wirowaniu, tajemniczych szeptach i całej reszcie znów ujrzałam przed sobą drzwi. Tym razem już tylko do TERAŹNIEJSZOŚCI. Chyba nadchodzi chwila prawdy. Wzięłam głęboki oddech. Już wiele przeszłam. I teraz dam radę. Pewnie nacisnęłam klamkę.




TERAŹNIEJSZOŚĆ


Rozejrzałam się dookoła. To chyba moja sala. Białe ściany, okna, meble. I ja, leżąca na środku w odcieniach bieli. Moja skóra była blada. Ubrana byłam w białą koszulę nocną. Wargi… Sine. Biło od nich zimno. Jedyne kolory tutaj tworzył Jorge. Chociaż i tak nie mam pojęcia skąd się one u niego brały. Wyglądał jak wrak człowieka. 

- Słyszysz mnie, prawda? – szepnął. Poczułam jakby szeptał mi to do ucha. Przez moje ciało przepłynęły ciarki. Niepewnie podeszłam do łóżka i usiadłam na skraju. 
- Wiem, że słyszysz. – powiedział. Jego głos był pusty… Jakby wszystkie uczucia wygasły. W moim oku zakręciła się łza.
- Słyszę. – szepnęłam. Jego kącik ust próbował unieść się w górę jednak nie dał rady. Czy możliwe aby usłyszał? Chwycił moją kościstą dłoń i ucałował ją delikatnie. Czułam to wszystko, z tą szczerą czułością. Darzył mnie jakimś uczuciem. Uwierzyłam w to.
- Wróć do mnie. – powiedział cicho.
- Nie potrafię. Nie umiem stąd uciec… Boję się. – szeptałam przez łzy. Pogładził moją dłoń kciukiem. Czułam, jak nawiązujemy jakiś kontakt…
- Nie bój się… Uda Ci się. Niedługo znów będziemy razem. – odparł. Po chwili zamilkł i zacisnął usta w prostą linię. Nagle wściekły wstał z krzesła, przewracając je. Wzdrygnęłam się. Przeklnął przez krzyk. Jeszcze nigdy nie słyszałam, aby takie słowa padały z jego ust. Co się z nim dzieje? 
- Dlaczego mi to robisz?! Dlaczego? – krzyczał – bawi Cię to?! Bawi Cię, że cierpię?! – kontynuowałam. Wstałam i podeszłam do niego. Ujęłam jego twarz w dłonie. Zupełnie znieruchomiał, jakby czuł mój dotyk, jakby naprawdę słyszał to wszystko co mówiłam. Jego oczy były ciemniejsze niż normalnie. Tworzyły burzę. Poczułam lekki strach.
- Uspokój się. – wyszeptałam. Nie pomogło – uspokój się. – powtórzyłam. Soczewki przybrały swoją pierwotną barwę. Uśmiechnęłam się delikatnie – jeszcze nie wiem jak wrócę, ale zrobię to. – szepnęłam.
- Obiecujesz? – zapytał. Pokiwałam głową.
- Obiecuję. – wyznałam. Pogładziłam jego policzek. Widzi mnie? Nie mam pojęcia, ale ja naprawdę teraz do niego mówię.
- Kocham Cię. – wyszeptał. – łza wzruszenia zakręciła mi się w oku.
- Ja Ciebie też kocham. – odparłam. Uśmiechnął się. Nasze usta powoli zaczęły łączyć się w pocałunku. Nie spieszyło nam się. Już po chwili moje ciało przeszły najcudowniejsze na świecie dreszcze. Niestety ta chwila nie trwała długo. Czułam jak moje ciało zanika.
- Jorge. – powiedziałam wystraszona.
- Martina, Martina! – mówił oszołomiony. Zniknęłam.



Do moich oczu dotarło ostre światło, przez co moje powieki szybko opadły na dół. Obraz po chwili jednak zaczął się wyostrzać. Znajomy widok… Biała sala. Białe ściany, meble, okna. Rozejrzałam się. Na środku stał zdezorientowany Jorge. Dotarło do mnie co się stało. Po kilku miesiącach wreszcie się obudziłam.

- Panie Blanco, jestem tutaj. – szepnęłam przygryzając wargę. Odwrócił się szybko. W jego oczach zakręciły się łzy. Zaśmiałam się. Wstałam, a on podbiegł do mnie, łapiąc mnie i podnosząc jak pannę młodą. Śmiałam się głośno, czując jak kręcimy się szczęśliwi. Po chwili postawił mnie na ziemi, ujmując moją twarz w dłonie.
- I że Cię nie opuszczę. – szepnął.
- Aż do śmierci. – dokończyłam i pocałowałam go. 





♥♥♥

No i chyba mamy rozdział. Przepraszam, że nie umiem utrzymać systematyczności... Naprawdę przepraszam. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze tutaj jest. Nie wiem czy jest sens tłumaczyć się w notce informacyjnej. Jest szkoła, no i nie mam zbyt wiele czasu. Poza tym, ostatnio miałam głowę pełną pomysłów, jednak była też ze mną dziwna blokada. Ciężko mi to wytłumaczyć. Może inaczej. Siadałam do laptopa, otwierałam Word'a. No i pisz.  Ale nie było tak łatwo.Po prostu miałam blokadę, jakoś nie umiałam. Dzisiaj jednak, pełna motywacji, powiedziałam sobie, że muszę napisać. Wyrzuty sumienia od tamtego czasu nie dawały mi spokoju. Mam nadzieję, że się podoba :). Bardzo mi zależy na tym rozdziale, bo osobiście jestem z niego bardzo zadowolona, zwłaszcza z ostatniej części. Rozdział jest praktycznie dwa razy dłuższy niż normalnie, więc sądzę, że jesteście zadowoleni. No i Jortini będę rozdział wcześniej - to chyba najlepsza wiadomość. Kończąc mój wywód, chciałabym zaprosić Was, moje #MrsBlanists (pozdrawiam Paulinę, która wymyśliła fandom! ♥) na mojego fanpage'a na Facebooku. Nareszcie go założyłam. Tam jestem cały czas, więc tam też możemy złapać o wiele lepszy kontakt, na czym bardzo mi zależy, gdyż jak każda bloggerka bardzo chciałabym poznać lepiej swoich czytelników. Tutaj proszę, od razu możecie przejść do strony:



Także to chyba na tyle. Szantażyk?


 30 komentarzy - Rozdział 33 

Słodkich snów, Mrs.Blanists ;*
Mrs.Blanco


wtorek, 1 września 2015

One Shot - Leonetta - "Po prostu On"



- Czujemy to oboje, serce nam to mówi. I ucho słyszy delikatny nasz szept. – usłyszała cichy głos za sobą. Odwróciła się i zobaczyła go. Podszedł do niej z uśmiechem. Przygryzła dolną wargę, widząc go znów przed sobą. Był idealny i tak strasznie realny, niczym figura woskowa. Podeszła jeszcze bliżej, aby móc zaciągnąć się jego cudownymi perfumami, które tak uwielbiała. Zamknęła oczy, a już po chwili do jej nozdrzy dotarł magiczny zapach wody kolońskiej. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, a ona sama zarumieniła się delikatnie. Zaśmiał się cicho widząc to. Otworzyła oczy i pokazała mu język, zakładając ręce na piersiach. Wiatr zawiał, a z drzew spadło kilka liści, będących płatkami róż. Księżyc również zaświecił mocniej. Dopiero teraz mogła mu się dokładnie przypatrzeć. Uwielbiała to robić, zwłaszcza, gdy nie widział.




Jego rysy twarzy.


- A Ty wiesz, że strasznie mi przypominasz pewną osobę. – zachichotała.
- Kogo? – spytał z uśmiechem bawiąc się jej włosami.
- Takiego pana, przez którego opuściłam się w nauce i teraz muszę brać u Ciebie korki z chemii. – wytłumaczyła. Widziała, jak zaciska lekko pięść – takiego pana, o którym myślę dwadzieścia cztery godziny na dobę, przez całe dnie i noce – zacisnął dłoń mocniej – takiego pana, którego nazywam moim księciem z bajki. – szepnęła z subtelnym uśmiechem. Jego oczy momentalnie się powiększyły. Przytulił ją do siebie.
- Już dość marzeń na dziś, księżniczko. – powiedział – wracamy do zeszytów.



Jego oczy.


- Gramy w skojarzenia? – zapytała siadając na ławce zmęczona już długim spacerem.
- To zaczynaj. – zaśmiał się widząc ogniki w jej oczach.
- Klejnoty. – powiedziała.
- Diamenty. – szepnął.
- Rubiny. – kontynuowała.
- Szmaragdy. – mówił.
- Twoje oczy. – odparła. Odsunął się lekko spoglądając na nią pytająco – Twoje oczy są inne, zupełnie wyjątkowe. Jak szmaragdy. Dlatego tak uwielbiam w nie patrzeć. – wyznała. Pocałował jej dłoń i zmienił temat. Westchnęła cicho i wróciła do gry.



Jego włosy.


- Psujesz mi fryzurę. – powiedział niezadowolony poprawiając włosy.
- Nie moja wina, że matka natura postanowiła zrobić z Ciebie ideał. – mruknęła ponownie psując mu grzywkę. Westchnął zły – już się tak nie denerwuj, złość piękności szkodzi. – zażartowała, jednak on jedynie zgromił ją wzrokiem. Podciągnęła  kolana do głowy, a na jej twarzy pojawił się grymas – żebyś wiedział, że Cię kocham jak głupia to wszystko wyglądałoby inaczej. – pomyślała i wyszła.



Jego uśmiech.


Siedziała na lotnisku nerwowo pukając paznokciami w ławkę.
- No dalej, gdzie jest ten samolot. – syknęła. Nie widziała go jedynie dwa tygodnie, ale zdążyła się stęsknić za jego oczami, uśmiechem…
- Pasażerowie lotu Mediolan – Buenos Aires proszeni są o przejście do sali odlotów. – jej rozmyślenia przerwał damski głos dochodzący z głośnika. Jak poparzony pobiegła tam. Już po chwili ujrzała go, taszczącego ogromną walizkę. Zaśmiała się cicho i rzuciła mu na szyję.
- Tęskniłam. – szepnęła. Kątem oka widziała jak się uśmiecha – a za tym jeszcze bardziej. – przyznała z motylkami w brzuchu.



Jego głos.


- Zaśpiewaj mi, jeszcze tylko raz. - poprosiła.
- Nie, naprawdę nie umiem. - westchnął kładąc się na łóżku z gitarą.
- A jeśli zaśpiewam z Tobą? - zapytała niepewnie siadając po turecku. Spojrzał na nią z iskrą w oku - to jak? - zapytała zadowolona. W ramach odpowiedzi, usłyszała jedynie akordy do piosenki Sheeran'a. Przygryzła wargę słysząc ponownie jego aksamitny głos. Chwilę później dołączyła swój, lekko się wahając. Słysząc jej wokal w jego oczach pojawiły się ogniki tańczące do piosenki. Serce łomotało jej jak nigdy, co zapewne było spowodowane wzrokiem szatyna, który bez przerwy znajdował się w jej czekoladowych tęczówkach.



Jego objęcie.


- Zostań jeszcze, tylko chwilkę. – poprosiła przez łzy podnosząc na niego, chcącego wyjść z pokoju – proszę. – dodała cicho łamliwym głosem. Wypuścił powietrze z ust i uśmiechnął się lekko, po czym znów ją przytulił. Wtuliła się w niego niczym w pluszaka.
- Ty mnie nigdy nie zostawisz, prawda? – spytała cicho. On jedynie pocałował ją w głowę, dając poczucie bezpieczeństwa. Zatonęła w jego ramionach, uspokajając się.
- Nigdy. – szepnął. Uśmiechnęła się lekko.
- I będzie mnie przytulał? – zapytała niepewnie. Roześmiał się i pstryknął ją w nosek.



Jego obecność.


- Potrzebuję Cię. – oznajmiła – potrzebuję Cię jak nigdy, a Ty zostawiasz mnie, teraz. Kiedy nie mam nikogo, tylko Ciebie. – dodała z wyrzutem patrząc w ich urocze zdjęcie stojące na jej szafce nocnej – gdzie jesteś, gdzie, pytam?! – krzyknęła z bólem przez łzy.
- Nie krzycz. – powiedział cicho. Odwróciła się zdziwiona – nawet mnie nie przytulisz? – zaśmiał się wystawiając do niej ramiona. Rzuciła mu się na szyję.
- Gdzie byłeś? – zapytała po chwili.
- Ćwiczyłem na torze. – oznajmił – zabije mnie, jak się zorientuje, że zwiałem. – dodał ze śmiechem. Uśmiechnęła się sztucznie, słuchając kolejnej historii o jego dziewczynie, którą pragnęła być.



Po prostu On.



Był dokładnie taki, jak jej wymarzony rycerz w lśniącej zbroi. Przejechała dłonią po jego policzku z uśmiechem.
- Kocham Cię. – szepnęła. Uśmiechnął się i położył swoją dłoń na jej dłoni, która nadal spoczywała na jego policzku. Patrzyła na jego oczy, uśmiech, na jego samego. Wreszcie miała go przy sobie i tylko dla siebie. Po chwili poczuła, jak ich usta łączą się w pocałunku. Zamknęła oczy szczęśliwa. Kochała go, szalenie mocno. Szkoda, tylko, że to wszystko było jej chorym wyobrażeniem. Bo wszystko prysło, wraz z dźwiękiem budzika. Gdyby tylko wiedziała, że on po prostu się boi…



♥♥♥

Witam ♥
Dzisiaj szybko, oto OS.
Taki sobie, wiem, ale tylko to zdołałam dla Was wyskrobać
w ramach rekompensaty za brak rozdziału, który jest w przygotowaniu :)
Już 1 września, kiedy te wakacje minęły ;_;
Nie przedłużając, tak, nie mam czasu,
chcę abyście wczytali się w to co jest u góry i spróbowali odgadnąć, 
o co w tym wszystkim chodzi ;)
Dlaczego Violetta tak dziwnie się zachowuje, Leon zresztą też,
co czują naprawdę, a co robią?
A może co powinni zrobić? ^^
Piszcie mi o tym w komentarzach, jestem ciekawa Waszych pomysłów!
Jeżeli chcecie więcej One Shotów tego typu,
również dajcie znać :*
Tego naprawdę świetnie mi się pisało ;3
A tymczasem
Bueanos Noches ♥

Mrs.Blanco





środa, 19 sierpnia 2015

AUDYCJA W RADIO YOUNG STARS!

Hola!
Dzisiaj odrobinę nietypowo :)
Jak wiecie, do Polski zawita dzisiaj obsada naszego ukochanego fioletowego serialu. Z tej okazji, w Radiu Young Stars, w godzinach od 16:00 - 17:00 odbędzie się specjalna audycja, w której do wygrania będą gadżety z serialu z autografami naszych idoli! Ale po kolei.
Czym jest RYS?

Radio Young Stars to radio stworzone przez twórców festiwalu YOUNG STARS FESTIWAL. Zostało założone w tym roku. Audycje prowadzą młodzi zapaleńcy młodzieżowej muzyki. Musicie ich posłuchać!

Dziejszej audycji, którą poprowadzi Łukasz Szuster "Joker" możecie posłuchać tutaj:
http://radioyoungstars.pl/


A tu macie jeszcze link do wydarzenia na facebooku:

https://www.facebook.com/events/2380119318793462/


Mam nadzieję, że będziecie obecni jak i ja! Besos :***

Mrs.Blanco

wtorek, 18 sierpnia 2015

Rozdział 31/ Wrak człowieka aka Blanco.



Dzisiaj dedykacja dla Alexandry,
która szantażowała mnie,
abym tylko wstawiła rozdział :')
Też Cię kocham misia :*
No to ten,
miłej lektury państwu życzę ♥
Mam nadzieję, że będzie się podobał <3




Jorge

Powoli wszedłem do sali. Jej rodzina powiedziała, że muszą uzgodnić jeszcze wiele spraw z lekarzami, więc ja postanowiłem iść do niej. Powoli i niepewnie wszedłem do sali numer 357. Nie sądziłem, że ten widok będzie tak bardzo bolał… Martina zawsze była uśmiechnięta. Piękna, ze śmiejącymi się oczami. Jej piękne długie włosy powiewały na wietrze, a ona sama wyglądała jak prawdziwy anioł. Teraz… Teraz leżała blada. Bez wyrazu, wyglądała jak figura z wosku. Podpięta do wielu maszyn. Nie uśmiechała. Jej malinowe zazwyczaj usta, teraz można było pomylić ze skórą. Miała wiele ran i bandaży. Nie przypominała mi już mojej księżniczki, choć wiedziałem, że to ona. Niepewnie usiadłem obok niej. Miała podpięty wenflon i wiele innych strzykawek. Nie jestem lekarzem, więc nie mam pojęcia jak się nazywają. Chwyciłem jej dłoń. Była zimna. Nie ruszała się. Czułem się jakbym trzymał lalkę. Chciałbym zobaczyć, że mnie słyszy. Że jest ze mną, mimo przeciwności losu.
- Tini… - szepnąłem patrząc na jej twarz – księżniczko… - wyszeptałem ponownie. Brak reakcji. Nawet nie drgnęła. Wtedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. To bolało. Nie wiem co się ze mną działo. Z moich oczu popłynęły łzy. Przed mokrymi oczami miałem zamglony widok wypadku… Leżała tam, a ja nie mogłem nic zrobić. Nic. Tylko modlić się, żeby wyszła z tego cało. Przysięgam, że zrobię wszystko, aby ten, kto ją potrącił, siedział w więzieniu do końca życia. Nienawidzę go za to, co jej zrobił. Spojrzałem na maszyny, z których nie byłem w stanie nic wyczytać, niestety. Splotłem nasze palce razem.
- Wiem, że nie jesteś mi w stanie odpowiedzieć. Mimo tego… Obiecaj mi jedno. Nie zostawisz mnie. Prawda? Nie zrobisz tego. Ja Cię kocham Martina… Kocham Cię jak wariat. Nie jestem w stanie myśleć teraz o niczym innym, a jedynie, żebyś się wreszcie obudziła. Jeśli mnie zostawisz… - przełknąłem nerwowo ślinę – przyjdę do Ciebie. Odejdę. – szepnąłem całując ponownie jej dłoń. Później siedziałem w ciszy. Przyglądałem się jej i myślałem. O tym jak to wszystko będzie później wyglądać. Jak będzie wyglądać nasza relacja, czy będziemy się w stanie pogodzić, czy mi wybaczy…
- Chcę patrzeć na Ciebie… - szeptałem - … chcę śnić o Tobie… Chcę przeżyć z Tobą każdą chwilę… Chcę Cię przytulić… Chcę pocałować… Chcę Ciebie mieć blisko siebie… Miłość jest silnym uczuciem… Jesteś dla mnie wszystkim. – wyszeptałem gładząc jej policzek, na którym już po chwili pojawiły się ślady moich łez. Mojej skroplonej tęsknoty i miłośni do niej.


Lodovica

Momentalnie gdy dostałam wiadomość od Jorge o wypadku Martiny zaczęłam panikować. Szybko skontaktowałam się z resztą dziewczyn, które jak się okazało także zostały już o tym poinformowane. Łatwo się dogadałyśmy i niedługi czas potem byłyśmy już na lotnisku. Wsiadłyśmy w najbliższy samolot odlatujący do Madrytu. Przypadek, że w tym samym samolocie lecieli kumple Jorge. Dużo rozmawialiśmy. Jak się okazało, lecą do Hiszpanii wspierać Jorge. Lot dłużył nam się nieskończenie długo. Spojrzałam na chłopaków.
- Co się tak właściwie stało? – zapytałam, ponieważ tak naprawdę nie dowiedziałam się o co tak właściwie poszło.
- Martina i Jorge nagrywali teledysk. -  oznajmił Samuel.
- No to to wiem. – odparłam.
- I przyszła Stephie.
- Znowu ona. – syknęła zdenerwowana Candelaria. W sumie nie dziwię jej się.
- Cały czas im się wtrynia w związek. – prychnęła Alba. Nagle jakby z transu wybudził się Ruggero.
- To oni są razem? – zapytał jakby zaniepokojony. Spojrzeliśmy na niego dziwnie. W końcu wydawało mi się, że wszyscy shipujemy Jortini i chcemy szczęścia naszych przyjaciół… Po chwili pokręciłam głową.
- Mów dalej. – poprosiłam Brazylijczyka.
- A wtedy wróciła Martina, no i zobaczyła jak się całują. – kontynuował.
- Zabiję go. – tym razem swoje dwa grosze dorzuciła Mechi. Westchnęłam.
- Czy ktoś da mu wreszcie dokończyć?! – krzyknęłam wściekła. Wzrok każdego pasażera zwrócił się na mnie. Moja blada twarz momentalnie przybrała odcień purpury. Nascimento mógł wreszcie dokończyć opowiadać.
- Zobaczyła to i wybiegła z płaczem. Wróciła do domu, a on jej szukał. Tam okazało się, że ona i jej brat zostali porwani, ale ona na pewno dokładniej wam to opowie, chociaż bardzo przeżywa, więc ostrożnie. Tak czy siak, German nie jej ojcem tylko wujkiem, a prawdziwi rodzice szukali jej cały czas. – mówił dalej. Zatkało nas. Nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, moje biedactwo, muszę ją potem mocno wytulić – wtedy wybiegła z domu, napotykając Jorge. Podobno ostro mu wygarnęła, jakim to jest draniem, jak to się nią bawi. Później się cofnęła, na ulicę, nie patrząc. I stało się. – westchnął. Dziewczyny skuliły się przestraszone. Sytuacja rzeczywiście jest poważna… Nie wiem co teraz możemy zrobić. Chyba jedyną rzeczą jest być przy niej. A Jorge dostanie niezłe kazanie.W końcu dolecieliśmy do Madrytu. Nie szukając hotelu wbiegłyśmy do szpitala, gdzie naszym oczom ukazał się wrak człowieka, aka Blanco.

Martina

Długi biały korytarz… Długa biała sala… I dziwne światło, które przez długi czas było dosłownie wszędzie. Nie wiedziałam gdzie jestem. Nic nie czułam. Rozejrzałam się dookoła. Byłam w jakimś pomieszczeniu. Przede mną było troje drzwi, z napisami PRZESZŁOŚĆ, PRZYSZŁOŚĆ i TERAŹNIEJSZOŚĆ.  Nic nie rozumiałam. Raz jeszcze obróciłam się do tyłu z nadzieją, że gdzieś jest może wyjście. Niestety. Z powrotem odwróciłam wzrok… Trzy możliwości, trzy rozwiązania. Westchnęłam cicho. Niepewnie otworzyłam pierwsze drzwi.



PRZESZŁOŚĆ


Znalazłam się w znajomym miejscu. Chwila, czy to nie jest…
- Powiedziałeś jej? – schowałam się szybko za ścianą. Głupia, i tak cię nie widzą… Niepewnie weszłam do pomieszczenia i usiadłam na stole. W sumie, fajnie jest być niewidzialną. Tak właściwie, cofnęłam się do przyszłości, no ale nie ważne. Wreszcie może rozwikłam to co mnie dręczy, jeśli to ja mogę manipulować gdzie chcę być. Przeniosłam wzrok na chłopaków.
- Nie. – oznajmił. Skoro ja po jakimś czasie wyszłam, to może nareszcie dowiem się kto jest skrytą miłością Blanco?
- To na co czekasz? Zaraz ją stracisz! Zrobiłeś coś w ogóle w tym kierunku, żeby dowiedziała się jakim uczuciem ją darzysz? – o właśnie Jorge, było by bardzo rozsądnie gdybyś to zrobił. Wtedy i ona, i ja wiedziałybyśmy o co Ci biega. A nie, się bawisz w jakiegoś kotka i myszkę. Ugh.
- Napisałem piosenkę. – powiedział. To już wiemy.
- Zaśpiewałeś ją jej? – do konkretów Pasquarelli, do konkretów.
- Nie. – i wtedy zaczął śpiewać piosenkę, którą tak często śpiewał dla mnie… Już nic nie rozumiem. Później tak jak wtedy, huknął gitarą, mówił, że nie potrafi tak dłużej, a Ruggero zasugerował mu rozmowę ze mną. Teraz czeka mnie najlepsze.
- Człowieku, czy ty w ogóle wiesz co mówisz? – mówił zdenerwowany. Słuchałam go uważnie – co, mam iść do niej i powiedzieć „Martina, podobasz mi się, pomóż mi z tym, nie wiem jak ci to powiedzieć?!” – wyznał. Zamurowało mnie. Stałam i patrzyłam na obraz, który z chwili na chwilę stawał się coraz bardziej zamglony. W ogóle nie docierało do mnie, co przed chwilą usłyszałam. Słyszałam tylko tę piosenkę i łomot mojego serca. Cud, że po tym wypadku jeszcze bije. Poczułam jak ktoś całuje moją dłoń. Wiedziałam, że to mój ukochany siedzi obok i czuwa. I za to go kocham.


Ruggero

Kiedy tylko Jorge powiadomił nas o nieszczęśliwym wypadku Martiny, od razu postanowiłem, że musimy do niej lecieć. Znaczy do Jorge, jasne. Kogo ja oszukuję. Od dłuższego czasu mam niewielki (ogromny) mętlik w głowie, sam nie wiem co robić. Pamiętam jak zobaczyłem ją wtedy po raz pierwszy, w domu Blanco, w Buenos Aires. Była taka niewinna, urocza, bezbronna. Myślałem, ze to tylko pierwsze wrażenie. Ale nie. Ciągle krążyła mi gdzieś w głowie. Ten jej uśmiech… Był idealny. Jak z obrazka. Była naprawdę niesamowita. I ten głos. Można by się zakochać. No ale nie ważne. Wzięliśmy wszystko i spotkaliśmy się na lotnisku. Wsiedliśmy w samolot, w którym przypadkowo, spotkaliśmy przyjaciółki Tini. Później podczas lotu odbyła się naprawdę długa rozmowa. Jednak nie słuchałem. Myślałem o Martinie. O tym, żeby się obudziła. Żebym mógł po raz kolejny spojrzeć w jej piękne czekoladowe oczy, ujrzeć ten cudny uśmiech na malinowych ustać, widzieć ją śmiejącą się. Czy się zakochałem? Nie nazwałbym tego jeszcze w ten sposób. Wiem jednak, że nie jest mi obojętna. Znaczy dla mnie naprawdę wiele i z pewnością, jest to już jakieś uczucie. Muszę coś zrobić, żeby się go pozbyć. Zranię ją i Jorge. Moje złamane serce jest teraz nieważne. Nawet nie spostrzegłem, kiedy nadeszła pora przejścia kolejnej odprawy. Dziewczyny szybko popędziły do szpitala, nie zwracając uwagi na paparazzi, którzy jak zwykle byli wszędzie. O dziwo, recepcjonistka widząc nas sama oznajmiła gdzie leży Stoessel. Widocznie sławni to tylko do niej. Jorge chyba czekał aż będzie mógł wejść do sali, ale nie wyglądał dobrze.
- Stary… - zacząłem, jednak przerwała mi rudowłosa.
- Czy ty wiesz co narobiłeś?! Jak w ogóle śmiałeś wrócić do Stephie, kiedy wiesz, że Martina cię kocha, ty ośle? Mimo, że jesteś dla niej najważniejszy na całym świecie, dopilnuję, żebyś pożałował! – mówiła wściekła. Zdziwiłem się, gdyż nie zaczął się nawet tłumaczyć. Dziewczyny zabrały ją.
- Jest aż tak źle? – szepnąłem siadając obok niego. Spojrzał na mnie. W jego oczach… nie widziałem nic. Ani szczęścia, ani miłości jaką darzył Martinę.
- Jest w śpiączce… - zaczął cicho zachrypniętym głosem – lekarz powiedział dzisiaj, że może w ogóle się nie obudzić. – dodał, a po chwili rozpłakał się. Nie mogłem uwierzyć w jego słowa. Ona musi się obudzić, musi… Chwilę później z sali wyszło troje ludzi. Przedstawił nam ich. Jej rodzina była przybita, tak jak Jorge, choć wydaje mi się to niemożliwe. Pozwoliliśmy mu do niej iść jako pierwszemu. Stanąłem przy szybie i obserwowałem go. Słyszałem jedynie pojedyncze słowa, jednak wiedziałem, jak wiele znaczą dla nich w tejże relacji.
- Czekam na Ciebie kochanie. I będę czekał. Choćby całe życie.

♥♥♥


 Moje uszanowanko :3 Nie będę przedłużać :P
Tylko dziękować Oli, że mnie baba jedna szantażowała ;> W ogóle, mam chyba fazę na Mechi *.*  No ale do rzeczy. 
Już jutro obsada będzie znów w Polsce ♥ Dobrze się nimi zajmijcie :***
Ja natomiast znikam z internetów od czwartku na dziesięć dni. Może wyskrobię rozdział jeszcze rozdział, ale nie obiecuję :c

Także tego, Adios! :***

Mrs.Blanco

Szantażyk musi być :P

25 komentarzy ~ rozdział 32 
(może dodam zanim tyle się pojawi ;>)

czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział 30/ Walcz dla mnie.


Specjalna dedykacja dla
Królewny własnego losu
z aska ♥
Dziękuję za tyle miłych słów,
naprawdę to było wspaniałe ♥♥♥
Tymczasem resztę zapraszam
do nowego rozdziału :*






Jorge

Jedna chwila wystarczyła, aby cały mój świat legł w gruzach. Niewiele pamiętam z tamtej chwili. Krzyczałem coś tylko, że ma się odsunąć… uważać. Nie dało to praktycznie nic, było już za późno. Podbiegłem do niej. 

- Tini, Martina, Martina! – praktycznie krzyczałem przez słone łzy, które spływały mi po policzkach. To był najgorszy widok, jakiego mogłem dostarczyć w życiu. Mimo tego, że chwilę wcześniej wyzwała mnie od najgorszych, nie miałem zamiaru rezygnować z tej znajomości. Szok jakiego doznałem widząc jak ukochana wpada po koła samochodu był zbyt wielki, abym był w stanie zadzwonić po pomoc. Klęczałem nad nią starając się zrobić coś, aby odzyskała przytomność. 
- Nie możesz mnie tu zostawić samego, nie możesz, rozumiesz? – mówiłem patrząc na nią z bólem. Płakałem, ale nie kryłem się z tym. Kocham ją, i teraz wiem po tym co mi powiedziała, że ja także nie jestem jej obojętny. Kiedy już wyzdrowieje, bo jak wiem, że z tego wyjdzie, będę walczył o uczucie, które jest między nami.  Już nie zaprzepaszczę szansy na wyznanie jej moich uczuć. W końcu skrywam je w sobie od dawna. I chyba najwyższa pora, aby wreszcie się otworzyć i pokazać jej, Martinie, mojej księżniczce, ile dla mnie znaczy. 
Wokół mnie zrobiło się niezłe zbiegowisko „gapiów”. Aż tak interesuje cudze nieszczęście?
- Biedny chłopak… - mówili – młoda dziewczyna – dodawali inni. Spojrzałem na szatynkę. Była taka bezbronna. Te kilka minut oczekiwania na karetkę i policję dłużyło mi się w nieskończoność. Wreszcie usłyszałem syreny.
- Bądź silna kochanie. – szepnąłem. Ratownicy zabrali ją. Niestety, nie udało mi się jechać z nimi. Wściekły wsiadłem w taksówkę i szybko pojechałem za nimi do szpitala. Bałem się, że mnie nie wpuszczą, jednak po raz pierwszy pomogły mi nieprawdziwe (niestety) plotki. W końcu według prasy Martina i ja jesteśmy kochającą się parą. Wykorzystałem to i recepcjonistka wpuściła. Pobiegłem w stronę Sali operacyjnej. Akurat ją wieźli. Była nieprzytomna. Miała już podpięte wiele wenflonów. 
- Doktorze co z nią? – spytałem szybko spanikowany. Nie odpowiedział mi i szybko wszedł na teren sali operacyjnej. Westchnąłem zrozpaczony i usiadłem na krześle. Dużo osób i pielęgniarek patrzyło na mnie dziwnie. W sumie nie dziwię się, nie często można w takim miejscu spotkać piosenkarza. Nie byłem w stanie rozmawiać z fankami.  Stan Martiny był krytyczny. Wiedziałem o tym. Schowałem twarz w dłoniach. Ona walczyła o życie. Zacząłem się obwiniać dosłownie o wszystko. Mogłem nie dopuścić, aby Stephie mnie wtedy pocałowała, aby Martina wbiegła na tamtą ulicę.  Po chwili wyjąłem telefon. Wybrałem do Francisco, Alby, Mechi, Lodo, Candelarii, Rugga, Samuela, Facundo i Nicolasa. A wiadomość, jaką im przekazywałem, zawsze brzmiała tak samo.
- Halo? Z tej strony Jorge. Martina miała wypadek. Walczy o życie.



Francisco

- Dobrze, już jedziemy. – powiedziałem szybko. Germana wzięła policja. I bardzo dobrze. Ale teraz nie na to czas.

- Musimy jechać do szpitala. Martina miała wypadek. – oznajmiłem szybko Marianie i Alejandrowi. Nie jestem jeszcze w stanie nazywać ich rodzicami. Potrzebujemy czasu. I ja, i Tini. A ona teraz może umrzeć. Nie pozwolę jej na to. Mimo wszystkiego o co kiedykolwiek byłem na nią zły, kocham ją. To najlepsza siostra na świecie.
- Moja córeczka. – szepnęła brunetka wtulając się w męża i płacząc. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do szpitala. Minęło może… 10 minut? Dla nas było to jednak 10 godzin. Najgorsze 600 sekund mojego życia. Życia, w którym moja siostra może już nie zawitać. Ale nie mogę tak myśleć. Nie mogę, nie mam prawa… Ona przeżyje i będzie szczęśliwa. Musi być. Kiedy wreszcie dotarliśmy do szpitala, szybko podszedłem do recepcjonistki.
- Gdzie leży Martina Stoessel? – spytałem szybko. Tleniona blondynka spojrzała na mnie spod szkieł swoich prostokątnych okularów na złotych sznureczkach lekceważącym wzrokiem.
- Nie mogę udzielić takich informacji, chyba, że są państwo rodziną. – powiedziała. Momentalnie się we mnie zagotowało. Jej ton był okropny. 
- Moja siostra walczy tam o życie. Proszę mnie wpuścić. – syknąłem groźnie. Mariana odciągnęła mnie. 
- To nasza córka. – powiedziała spokojnie. Popatrzyła na nas i wskazała na korytarz. Szybko tam pobiegłem. Siedział tam Jorge. Wyglądał okropnie. Jego oczy były opuchnięte, a on siedział na tym krześle z twarzą schowaną w dłoniach.
- Jorge! – krzyknąłem podchodząc do niego. Podniósł głowę. Widziałem cierpienie w jego oczach. Podszedłem do niego – co z nią? – spytałem. Z jego oczu pociekły łzy. Nie widziałem go jeszcze w takim stanie. Musiało być naprawdę tragicznie.
- Ona… Ona walczy o życie. Moja księżniczka… - powiedział przez łzy i zakrył twarz dłonią. Widać było, że wstydzi się tego, że nie potrafi zachować zimnej krwi – ja ją kocham, rozumiesz? – wyznał spoglądając na mnie. Pokiwałem głową. Oparłem się o ścianę i zsunąłem po niej. Nie wierzę w to co się dzieje… Moja siostra. Moja mała Tiniusia wpadła pod samochód. Pod ten kretyński samochód. Jak złapię tego kogoś… Zabiję go. Przysięgam, że go zabiję. Alejandro i Mariana pojawili  się w niewłaściwym momencie. Ale… Ona już przyszła zapłakana. Spojrzałem na Jorge.
- Dlaczego ona wtedy płakała? – spytałem cicho. Spuścił wzrok.
- Pokłóciliśmy się. – wyznał tym samym tonem – widziała… widziała jak całuję się z moją byłą… i powiedziała, że tylko ją wykorzystałem. – dodał. Popatrzyłem na niego ze złością.
- Zabiję Cię. – warknąłem i uderzyłem go mocno. Alejandro szybko mnie od niego odsunął, jednak z nosa leciała mu krew.
- Nienawidzę was… - powiedziałem i rozpłakałem się. Martina, walcz…



Jorge


Sytuacja zaczęła robić się napięta. Krwawił mi nos i brew. Gdyby nie pomoc pana Alejandra, na pewno bym tego nie przeżył. Mimo tego, nie dziwię mu się. Widzę, że Martina jest najważniejszą osobą w jego życiu, jak i moim. 

- Musisz mnie wysłuchać. – poprosiłem gdy wróciłem z opatrzonym łukiem brwiowym.
- Nie mam zamiaru. Wystarczyło mi słuchanie ich. – wskazał na małżeństwo Stoessel. Wcześniej pani Mariana wszystko mi wytłumaczyła. Dlatego Martina była taka zła. Spojrzałem nerwowo w stronę sali operacyjnej. Minęła już godzina, a lekarze nadal nie wychodzą. Czy jej stan jest aż tak tragiczny? Ona musi żyć, musi… Posłałem spojrzenie Francisco. Wziąłem głęboki oddech.
- Wysłuchaj mnie. – poprosiłem. Przekręcił teatralnie oczami. 
- Masz dwie minuty. – powiedział. Skinąłem głową. Zacząłem mu opowiadać wszystko od początku do końca. O nagrywaniu, teledysku, pocałunkach, miętą między nami, aż do Stephie i momentu, gdy mnie pocałowała. Ten tylko obdarzył mnie chłodnym spojrzeniem.
- Kochasz ją? Kochasz moją siostrę? – zapytał cicho. Pokiwałem głową. Westchnął.
- Mam nadzieję, że będziecie razem szczęśliwi. Bo moje błogosławieństwo dla tego związku już macie. – wyznał. Uśmiechnąłem się szeroko wzruszony i mocno go objąłem szczęśliwy. Teraz tylko pozostaje mi czekać, aż ona się wróci z operacji. 
- Niedługo wrócę. – szepnąłem i wyszedłem ze szpitala. Nie wiem jak to się działo, ale nogi niosły mnie same. W miejsce bardzo dla nas ważne, przynajmniej tutaj. Wspiąłem się na drzewo i usiadłem na gałęzi. Wygląda jak długa ławka. Zawsze tam byliśmy. Oparłem się o korę i zamknąłem oczy. Pomyślałem o nas. O tym jak bardzo ją kocham. Przed oczami miałem tysiące wspomnień. Uśmiechnąłem się delikatnie. Pamiętam jak się poznaliśmy. Wtedy kiedy się potknęła. Wpadła prosto w dziurę. W dziurę, która była w moim sercu. Pozostawiona dla tej jednej, jedynej dziewczyny w moim życiu. Kobiety mojego życia. To jak ją kocham jest wręcz niemożliwe. Sam się czasem dziwię temu, że tak silna może być więź między ludźmi. Moje uczucie jest ciężkie do opisania. Czuję się… Jak gdyby moje serce obrosło pełno róż. Krwiście czerwonych i różowych. Zarosły miejsce pozostawione właśnie dla Martiny. Nie mogę uwierzyć w to, jak bardzo ją kocham… Ile dla mnie znaczy… Jak bardzo byłbym w stanie poświęcić dla niej życie. Gdyby teraz… Gdyby teraz coś poszło nie tak, a wszystko musi się udać nie przeżyłbym. Róże oplatające moje serce zwiędłyby. A ja razem z nimi. Jestem na takim etapie życia, że mogę źle lokować uczucia. Jednak tego, jestem akurat pewien. 
Poczułem jak wiatr muska moją skórę. Niechętnie wróciłem do miejsca zwanego Ziemią. Spojrzałem w niebo. Jedna mała kropla spadła na mój nos. Potem kolejna na czoło, włosy, powiekę, wargi… Małe kropelki kreśliły wzorki na mojej skórze. Ponownie zamknąłem oczy i zupełnie oddałem się wspomnieniom. Przypomniałem sobie wtedy nasz pierwszy pocałunek i zarazem pierwsze rozstanie. Tamten dzień był dla mnie niezwykle trudny. Po raz pierwszy miałem wtedy miałem takiego doła. Dzisiaj jest drugi raz. Nie… Teraz jest zdecydowanie gorzej. Żałuję. Żałuję tylu rzeczy… Nigdy nie będę potrafił kochać jej tak jak na to zasłużyła. Zawsze coś zepsuję. Mam taki charakter. Oczami wyobraźni ujrzałem nas, stojących na tym lotnisku. Wszystko działo się tak szybko… A pocałunek był… Wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Szczęśliwy to mało powiedziane. Czułem się wtedy, jakbym trzymał w ramionach cały swój świat. Ona w końcu była całym moim światem. Przestałem rozróżniać moje łzy od deszczu. Zeskoczyłem z gałęzi.
- Masz do mnie wrócić, rozumiesz? Rozumiesz Martina?! – wrzasnąłem przez rozpacz. Rzuciłem się na trawę i zacząłem płakać. Moje serce pękało. A ja byłem już wrakiem człowieka. Powoli ponownie skierowałem się do szpitala. Byłem cały mokry. Ludzie spojrzeli na mnie dziwnie.
- Jakiś problem? – warknąłem. Mam tego dosyć. Poszedłem dalej. Usiadłem na krześle obok jej rodziny. Czekaliśmy dobre parę godzin. Czas dłużył nam się niesamowicie. Spoglądałem nerwowo na zegarek. Mijała godzina za godziną. A ona? A ona nadal leżała na stole operacyjnym walcząc o życie. Ciszę panującą na tym pustym białym korytarzu przerwał lekarz. Szybko biegł w kierunku pokoju dla nich przeznaczonych. 
- Doktorze, co z nią? – spytałem nerwowo podbiegając do niego.
- Nie mam teraz czasu. – powiedział szybko zdenerwowany. 
- Czy ona… - zacząłem. Nie, to nie może być prawda.
- Ona umiera. – powiedział patrząc na mnie, a potem pobiegł szybko po innych. Stałem w miejscu oszołomiony tym, co przed chwilą usłyszałem. Na tamtą chwilę moje serce przestało bić. Wyminęło mnie kilka lekarzy i pielęgniarek biegnąc ku sali operacyjnej. Nie docierało do mnie nic. Zupełnie nic. Byłem… wstrząśnięty, zrozpaczony, załamany? Mój oddech stał się nierównomierny. Poszedłem za nimi do sali. 
- Wpuśćcie mnie. – szepnąłem bez emocji. Czułem pustkę.
- Proszę pana, nie możemy. – powiedziała jedna z pielęgniarek.
- Chcę się pożegnać, jeśli dojdzie do najgorszego. – powiedziałem. Niechętnie, jednak wpuściła mnie, wcześniej dając mi specjalne ubrania na wierzch. Musiałem odkazić się cały. Byłem naszykowany na wszystko.  I ujrzałem ją. Serce dokumentnie pękło. Operacja nadal trwała. Spojrzałem na nią. Chwyciłem jej dłoń.
- Walcz kochanie. Walcz dla mnie. – szepnąłem łamiącym się głosem – kocham Cię. – dodałem. Kilka kropel spadło na jej kruchą rączkę. Później kazano mi wyjść. I znów czekałem. Moje serce biło niesamowicie szybko. Bałem się i modliłem o jej życie. W końcu po kolejnych kilku godzinach doktorzy wyszli z sali. Poderwałem się z krzesła jak oparzony, a za mną Fran i jej rodzice.
- Doktorze, co nią? – spytałem z nadzieją. Serce jeszcze nigdy nie biło mi tak mocno.
- Uratowaliśmy ją. Od czasu pana wizyty wszystko szło idealnie. Niestety… Jest w śpiączce. – oznajmił. 
- Obudzi się? – szepnąłem.
- Tego nie wiem. Teraz… Teraz możemy tylko czekać i modlić się. – cały mój świat legł właśnie w gruzach.


♥♥♥


Witam Was serdecznie ;3 Rozdział szybko jak na mnie *.*
Ogólnie wahałam się z pisaniem go teraz, 
bo tylko 16 komentarzy :P  Dzisiaj będzie już szantażyk :D
Podziękuję Królewnie własnego losu, bo cały czas spinała mnie, żebym napisała ♥
Rozdział jest na pewno dłuższy od poprzedniego jakby co ;) Nie wiem czy coś ogarniecie z ostatniej części,
odpłynęłam tam słuchając "River flows in You".
Nowe uzależnienie, tak jak jazda na fiszkach *-*
Jeżeli wczytacie się i będziecie przeżywać wszystko z bohaterami, zobaczycie, że ten rozdział jest napisany inaczej ;) Z taką głębią...
Czy tylko ja się tak cieszę duetem Jortini? Jorge też chyba wydaje płytę, idealnie *o* 
Tak czy siak, to chyba tyle <3 A więc widzimy się w następnym rozdziale!



Rozdział 31 ~ minimum 25 komentarzy


Besos :***
Mrs.Blanco

PS. Masz jakieś pytania? Pisz do mnie, na wszystkie odpowiem!
TWITTER

ASK

GMAIL: mrs.blanco77@gmail.com


Chat~!~