niedziela, 12 czerwca 2016

Miniaturka: "Gracias Violettos"

















♥♥♥

     Życie bez marzeń jest jak szkic rysunku. Niby jest, ale jednak go nie ma. Zawsze byłam osobą o głowie przepełnionej marzeniami. Chciałam być śpiewać, tańczyć, grać, malować. Z czasem tego wszystkiego ubywało. Aż wreszcie przed oczami stanęło mi tylko jedno słowo. MUZYKA. To wielkie marzenie jednak, nabrało prawdziwych kolorów, w momencie, gdy poznałam Ich...




Razem dorastaliśmy, było tyle do zrobienia.
I chodziliśmy, było tyle do nauczenia.

     Doskonale pamiętam tamten dzień. Dzień, który zmienił w zasadzie wszystko. Wyrywał w mojej pamięci specjalne miejsce. Małe fioletowe serduszko.
   18 luty, 2013 rok, godzina 16. To był poniedziałek. Dzień jak co dzień, tak mi się mogło przynajmniej wydawać. "Violetta", nowa produkcja Disney'a, miała mieć wtedy swoją premierę.              Zwiastun, który początkowo wydawał mi się taki tajemniczy. 
Twarze, które po raz pierwszy ujrzałam na oczy.
Muzyka, która na zawsze utkwiła w mojej pamięci.
Początek tej niezwykłej historii, która zmieniła wszystko.




Razem dorastaliśmy
i przypadkowo natknęłam się na Twoje dłonie.

     Byłam osobą, która od pierwszego odcinka zauroczona była Tomasettą. Słysząc, że Violetta miała by być z Leonem, czułam wstręt i obrzydzenie. Do pewnego momentu.
     Kochał ją od pierwszego spotkania. Kochał jej uśmiech, oczy, włosy. Jej głos, dotyk jej kruchej, jej piosenki. Kochał ją, kochał bezbronną księżniczkę uwięzioną w wieży.
     Narodziło się nowe marzenie. Marzenie prawdziwej miłości. Poczucie bezpieczeństwa, w czyichś ramionach, najlepiej w Jego ramionach. On stał się ideałem każdej nastolatki. Moim też. To, że nie miał pojęcia o moim istnieniu, nie było wtedy ważne. Ważne było jego szczęście. Szczęście idola, szczęście Blanco.




Dorastaliśmy
z każdą nutą tamtego fortepianu.

     Mimo wszystkiego co ich dzieliło, konfliktów, różności zdań, podziału na grupki, była jedna rzecz, która ich łączyła. Studio. A w Studiu fortepian. Siadali tam i nagle wszystkie problemy znikały. Palce pływające po białych i czarnych klawiszach ogromnego instrumentu w kolorze czekolady przyprawiały mnie o ciarki. 
     Przysięgam, nigdy nie zapomnę tego, z jaką miłością śpiewali i oddawali emocje właśnie w tamtym miejscu. Uwielbiałam patrzeć na te sceny. Chciałam być z nimi i bez wstydu ani lęku przed krytyką pokazywać światu co czuję.
     Ich życie było jak fortepian. Białe klawisze oznaczały szczęście, a czarne smutek. Dlatego grali na wszystkich. Bo przeżywając przygodę swojego życia pamiętali o tym, że czarne klawisze również tworzą muzykę.




I co teraz?
Gdzie pójdą Ci, których znaliśmy?
Ci, którzy zbliżają się do końca.


     Nadal zastanawiam się jak szybko minęło te pierwsze osiemdziesiąt odcinków. 31 sierpnia byłam pewna, że to koniec. Że te osiemdziesiąt odcinków miało być jedynymi, jakie powstały. Płakałam cały wieczór. To stało się jak rutyna. W ciągu tych kilku miesięcy zdążyli stać się jednymi z najważniejszych ludzi w moim życiu.
     Nie śmiałam wtedy nawet marzyć, że kiedykolwiek będą w moim kraju, czy zobaczę ich na żywo. Że będę śpiewać z nimi na koncercie dławiąc się łzami szczęścia i wzruszenia. Mimo tego czułam, że są blisko. 
     Byłam V-lover. I nie wstydziłam się tego. Moi znajomi wtedy jeszcze dzielili się na typowych hejterów jak i zwolenników. Nie obchodziło mnie to jednak. Żyłam w moim świecie.





Idę ku nowym drogom
z tym, co przeżyliśmy.


     Zawsze utożsamiałam się z Violettą, głównie w kwestii jej charakteru i stylu. Byłyśmy wręcz identyczne. Niby delikatna dziewczyna, jednakże w środku płonęło ognisko marzeń i uczuć. Obydwie byłyśmy, a w zasadzie cały czas jesteśmy niezwykle wrażliwe.
     Już po pierwszym sezonie zdałam sobie sprawę, że o marzenia trzeba walczyć, że one nie mogą po prostu zniknąć. Kochałam przesłanie i duszę tej niby kolejnej idiotycznej telenoweli.
     We "Violetcie" odnalazłam siebie. Rozpoczęłam nowy rozdział z nowymi marzeniami. Uwierzyłam w nie.




Magia i kreatywność.
Prawda w sercach.
Niebo w milionach kolorów.

     Czy można było stać się kimś zupełnie innym? Odnaleźć prawdziwe ja? Przez kolejny "głupi serial Disney'a"? 
     To jak bardzo ta historia pobudziła mnie do działania jest niesamowite. Ci ludzie, którzy pokazali mi, że dla spełniania marzeń warto żyć! Rozwinęłam się pod każdym względem, zwłaszcza emocjonalnym. 
     Miłość, muzyka, pasja, to właśnie ja. Tak, nie tylko Violetta. Ale także ja. Zwykłe rzeczy nabrały niecodziennych barw. Teraz potrafię uśmiechać się bez powodu.




To chcę zapamiętać.
Twoja dłoń zawsze u mojego boku.

     Zawsze mówiłam sobie, że to nie koniec, to nowy początek. Wieść o drugim sezonie była niczym spełnienie marzeń.
     Powrót ludzi, których choć nie znałam, to pokochałam cały sercem. Powrót wiary w marzenia, uśmiechu od ucha do ucha, powrót do siedzenia przed telewizorem codziennie od szesnastej.
     Czułam, że jestem szczęśliwa i spełniona. Czułam, że mam przy sobie kogoś, kto da mi siłę. 
Dziękuję, Violettos, za to, że przez niewinne osiemdziesiąt odcinków potrafiliście wywrócić mój tok myślenia i spojrzenie na świat do góry nogami.




Razem dorastaliśmy, z marzeniem w każdym spojrzeniu.
I chodziliśmy, z pasją, która nas prowadziła.

     Minęły wakacje. 21 października 2013r. Wielki powrót. Płakałam widząc ich znów razem. I płaczę w tej chwili, oglądając fragmenty tamtego odcinka. 
     Znów byli razem. Znów byli szczęśliwi i uśmiechnięci. Bo znów mogli spełniać marzenia. Nadeszły nowe kłopoty, przyjaźnie, miłości. Nadeszła nowa przygoda.
     Każdy się zmienił. Dorośli, dojrzeli. Nauczyli się tak wiele, nie tylko jako postacie, ale też prawdziwe osoby.
    A ja razem z nimi.




Razem dorastaliśmy
i mogliśmy tak się odzwierciedlać.

     Miłość powróciła. Wielka i prawdziwa. Wystarczyło jedno słowo, aby każda fanka mogła poopaść w typowy atak tak zwanego "fangirlingu". Leonetta.
     To uczucie było dla mnie zawsze odzwierciedleniem rozkwitającej róży. Z początku coś niewinnego. Rozwijała się powoli i ostrożnie. I choć miała kolce, to była piękna.
     Jedyne czego żałuję, to to, że mężczyźni tacy jak Leon nie istnieją. No chyba, że Jorge, który nie ma pojęcia o moim istnieniu. Lecz warto marzyć, prawda, Violetto?
     Moje uczucia dorastały razem z nimi. 




Zmienialiśmy się,
ale zawsze się podnosiliśmy.

     Minął szmat czasu, nie prawdaż? Ale kto to odczuł? Patrząc na nich widzę, ile dla nich samych znaczyła ta przygoda. Przygoda, której nadano imię "Violetta".
     Pod tymi ośmioma literami kryje się tak wiele wspomnień i łez. Mimo tylu porażek, które ponieśli nie poddawali się i walczyli dalej. Dzięki temu dzisiaj są tam, gdzie są. Na szczycie. Ich własnym, osobistym Mont Everescie. 
     Jestem z nich tak cholernie dumna.




I co teraz?
Gdzie pójdą ci, których znaliśmy?
Ci, których nie ma.

     Rozstania bolą. Tak samo bolało nas rozstanie z fioletową telenowelą. Czy mogło stać się coś, co spowodowałoby trzeci sezon? Podobno sto sześćdziesiąt odcinków miało nas wystarczyć.
     Ale przecież w nas V-lovers tkwi siła, nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Byliśmy, jesteśmy i będziemy fandomem silnym niczym Mur Chiński.
     Violettos kochają nas za to, że zawsze byliśmy z nimi. A dlaczego? Bo oni są zawsze z nami. Nigdzie nie odeszli. Czujecie ciepło? To oni. To oni są blisko. Zawsze blisko naszych serc.




Ci, którymi jesteśmy
i ci, którzy pewnego dnia powrócą.

     Ale przecież oni nie zniknęli. Nadal są, byli i będą Violettos. Drugi sezon nie był końcem. Bo nadeszła nadzieja, nazywana trzecią transzą. W fioletowej rodzinie jest coś takiego, czego nie ma żaden inny fandom.
     To ciepło i światełko, które przekazujemy między sobą. Pojawia się wtedy, gdy jest potrzebne. Każda czy też każdy z nas jest wyjątkowy. Tak jak po kolei Tini, Jorge, Lodo, Cande, Alba, Facu, Samu, Ruggero, Mechi i caluśka reszta.
     Bo ta piosenka trwa nadal.




I teraz wiem,
zawsze będziesz przy moim boku,
widzę światło, które mi dajesz.

     W życiu spotkałam ludzi na których się zawiodłam, takich którzy mnie zranili, ale też takich, którzy dawali nadzieję na lepsze jutro, dodawali sił, obdarzali zwykłym uśmiechem. Po prostu byli.
     Kim dla Violetty była Francesca czy też Leon? Oprócz ogromnej przyjaźni i miłości? 
Francesca to synonim od słowa wsparcie, pomoc i wiara, natomiast Leon... Verdas to ciepło, to gwiazda i kwiat, to pomoc i silne przytulenie. To pocałunek i zatrzymujący się świat.
     Czy masz swojego Leona i Francescę...?




Idę ku nowym drogom
z wszystkim tym,
co już przeżyliśmy.

     Ponad dwa lata. Dwa najlepsze lata mojego życia. Odkrycie czegoś, czego tak długo szukałam. Znalazłam rozwiązanie, którego potrzebowałam. 
     Violettę tworzymy nie tylko my i Violettos. To przecież też wszyscy choreografowie, kamerzyści, reżyserzy, scenarzyści. Co zrobilibyśmy bez naszego kochanego Pancho? Kocham tych ludzi i do dziś żałuję, że nie zatrzymałam ich pod hotelem. Bo to oni także stworzyli ten serial.
     Wszyscy to zrobiliśmy.




Magia i kreatywność,
kreatywność.
Prawda w sercach,
niebo w milionach kolorów.

     Bo kto by pomyślał, że za tymi ludźmi byłam, a w zasadzie jestem w stanie siedzieć do później nocy, śledzić samoloty, oglądać lotnisko, czy też stać kilka godzin pod hotelem? Spamować setkami wiadomości na Twitterze i innych portalach, uczyć się hiszpańskiego?
     Czy zwariowałam? Może i tak. Ale jestem z tego powodu szczęśliwa. Bo to moje własne, osobiste, fioletowe szaleństwo.
     Fala hejtu napływająca na mnie za moją przynależność do tego fandomu jest ogromna. Ale oni się po prostu nie znają. I nie wiedzą, że to właśnie V-lovers są niczym prawdziwa rodzina.




To chcę zapamiętać.

     Łzy kapały mi po policzkach, bo byłam pewna, że to już koniec. Czy tylko ja umiałam choreografię do tego na pamięć? 
     Pamiętam, jak z przyjaciółką zawsze tańczyłyśmy ją na przerwach, na boisku. Zresztą robię to nadal. Jeszcze w czwartek śpiewałam i tańczyłam na dodatkowych zajęciach wf-u z tańca. Otrzymałam oklaski, ale czułam, że mimo wszystko było to bardziej wyśmianie za fandom, niż jakikolwiek prawdziwy zachwyt.
     Bo w końcu jestem V-lover, więc jestem gorsza, prawda?
Nie. I nie pozwólcie sobie tego wmówić.
Jesteśmy najwspanialszymi ludźmi na świecie, bo bije od nas fioletowy blask.




Twoja dłoń zawsze u mego boku
pomaga mi dalej trwać.

     Uwierzycie, że to już naprawdę koniec? Że to prawdziwe ostatnie odcinki? Czy świadomość, że każdy obejrzany odcinek może być ostatnim jest pozytywna czy może i normalna? Nie.
     Nie umiałam się z tym pogodzić i nie potrafię nadal. Bo ta historia zaczęła biec ku końcowi.
Wyruszenie w trasę koncertową jest też i moim marzeniem, podobnie jak nagranie płyty, wydanie książki i zagranie w filmie, ale to nieważne.
     Spełnili marzenia, nie tylko jako postacie, ale i prawdziwe osoby. Bo czym w końcu jest Violetta en vivo, czy Violetta Live...?




I razem zbliżamy się już do końca,
podobnie jak w piosence.

     Szkoda, że nie umiałam powiedzieć stop, że moje usta nie są magicznym przyciskiem, który spowodowałby, że "Violetta" trwałaby dalej.
     Piosenka dobiega końca, ta strona pamiętnika również się kończy, kończy się nasza ukochana fioletowa przygoda. 
     Bo nieuchronnie zbliżamy się końca. Mimo tego nie możecie pozwolić na to, aby fioletowe światło w was zgasło.
     Już płaczesz?




Kiedy powtarzamy jeszcze raz,
aby dać nadzieję sercu...
Nie ma końca.


     Oczywiście, że nie ma końca. Dla nas nie ma końca. Nie ma go dla mnie. Bo "Violetta" to imię na zawsze wyryte w moim sercu. Fioletowa iskra ciągle płonie w moim piwnym oku, a melodia "En mi mundo" nadal gra w moim umyśle, nadal przy niej zasypiam.
     Choć na początku myślałam, że będę płakać, to mimo, że to robię, to jestem szczęśliwa. Bo każdy teraz wie, że nie jestem "sezonówką" czy "przypadkową fanką".
     Cześć, jestem Asia. I tak. Kocham Violettę.




Wiesz jak to jest,
niczego się nie obawiać, nie bać się.
Niczego się nie bać.

     Płacz, łzy, niedowierzanie.
- To naprawdę koniec? - tak. Nie chcę, ale muszę ci to powiedzieć.
     To już koniec. Nie ma już nic. Żartuję.
     Są wspomnienia. Uśmiech. Pamiętasz, jak Leon uratował Violettę przed deskorolkarzami? Jak Tomas ją złapał? Jak Diego ją uwodził, a Alex okłamywał? Jak Ludmiła jej nienawidziła, Lara chciała się jej pozbyć ze swojego życia, jak Gery robiła wszystko, aby zniknęła ze wspomnień Verdasa? Jak Francesca i Camila ją kochały? Jak Angie się nią opiekowała? Jak Priscilla i Jade chciały aby zniknęła? Pamiętasz?
     Masz swoich Violettos? Rozejrzyj się, może są blisko...




Idę ku nowym drogom
z tym, co już przeżyliśmy.

     Ostatnia trasa. Ostatnie koncerty. Ostatnie chwile razem. Koniec serialu, ale nie koniec bycia razem. Pokochali się nawzajem. Nazywali się rodziną. Nazywali się Violettos.
     Moja walka o bilety była strasznie długa. Strona odmawiała posłuszeństwa, a bilety schodziły. Ale w końcu się udało. Miałam je. Przyszły jakoś po świętach. I odliczałam. Najpierw, miesiące, potem tygodnie, aż w końcu dni, godziny, a nawet minuty.
     Byłam wniebowzięta. Miałam zobaczyć idoli. Mieli odwiedzić mój kraj.
     A przecież kilka akapitów wyżej nawet bałam się o tym marzyć...





Magia i kreatywność.

     Kto by pomyślał. Siedziałam do późnych godzin na Twitterze, brałam udział w akcjach, oglądałam twitcamy, szukałam informacji, odświeżałam strony, śledziłam tak wiele kont. Zwariowałam? Nie. Zakochałam się.
     Zakochałam się w ludziach, którzy każdego dnia tak jak wstawali, tak żyli. Tak pokazywali siebie. Nie zakładali masek, nie udawali kogoś innego. Byli sobą i cieszyli się życiem.
     Pokochałam ich za to, że ze zwykłych i przypadkowych ludzi, swoim charakterem i temperamentem stali się moimi idolami i autorytetami, mentorami.
     Gdy w moim życiu zaczął padać deszcz, oni zapalali słońce.




Prawda w sercach.

     Ich relacja z fanami jest niczym wygrana na loterii, zdecydowanie niesamowita. Traktują nas jak największe skarby świata. Zawsze potrafią rozjaśnić nasz dzień, zawsze sprawiają, że stajemy się lepsi.
     Nie chciałabym nic w nich zmieniać. Jedyne czego żałuję, to to, że mieszkają tak daleko. Polskę odwiedzili na razie tylko kilka razy. Chciałabym, aby z tych kilku stało się kilkanaście, a później kilkadziesiąt. Dla mnie są moimi meksykańskimi, argentyńskimi, czy też włoskimi Polakami.
     To moje anioły. Najprawdziwsze anioły. Może nie są idealni, ale mimo wszystko, to moje kochane aniołki.




Niebo w milionach kolorów.

     Do Łodzi przyjechałam około godziny 10, a koncert miał się zacząć o 14:30. Ich pierwszy koncert w Polsce. A więc cel? Hilton.
     Wyskoczyłam z samochodu jak poparzona, pamiętam, że ludzie śmiali się ze mnie. Bramek jeszcze nie było. Na razie stała tam jedynie grupka dziewcząt śpiewających ukochane hity z serialu. Początkowo onieśmielona, lecz później pełna energii śpiewałam i wiwatowałam z nimi. Spotkałam dużo znajomych twarzy, to było coś niesamowitego.
     Kilka minut po 13 staliśmy już poddenerwowani za bramkami. Aż nagle pisk. To była Ona.
     Z hotelu, razem z tatą wyszła Tini. Jedyna, moja największa idolka, Martina Stoessel. Płacz, łzy i nacisk na barierki. Wystawione zdjęcie. I moment gdy patrzyłam na nią, była tak blisko. Nie byłam w stanie powiedzieć nic.
     Spojrzałam na zdjęcie. Był tam. Jej przepiękny autograf. Udało się. Pomachała nam. I odjechała.





To chcę zapamiętać.

     Koncert i możliwość zobaczenia ich była najpiękniejszym dniem mojego życia. Byłam wtedy najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, przysięgam.
     Lecz nie byłam nią już 1 listopada 2015 roku. Bo rozstali się. Każdy poszedł w swoją stronę. Ostatni raz zabrzmiały dźwięki piosenek.
     Ostatni koncert. Płakałam jak głupia, przysięgam. Lecz moment.
     Czy na pewno byłam nieszczęśliwa? Przecież...
Mam najwspanialszych idoli na świecie. Kocham ich, a oni kochają mnie. I wierzę, że kiedyś będę mogła im powiedzieć to co właśnie piszę prosto w oczy. Rozpoczęli kariery solowe. Ale ani ja, ani oni, ani nikt nigdy nie zapomni, że...
     Że to zawsze będą Violettos. Zawsze.




Twoja dłoń zawsze u mojego boku
pomaga mi dalej trwać.

     Pisząc to zdałam sobie sprawę, że coś się właśnie zakończyło. A w zasadzie już rok temu. Bo rok temu, argentyńska telenowela produkcji Disney Channel i Pol-ka, "Violetta", w naszym kraju, w Polsce, dobiegła końca.
     Czuję ich obecność na każdym kroku. Myślę o nich, o Violettos, cały czas. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś spotkają się wszyscy razem, że razem zaśpiewają. Że znów poczują się jak wtedy na planie.
     Ja zawsze będę ich kochać. Bo obudzili we mnie coś, czego nikt obudzić nie mógł.




I razem już, zbliżamy się do końca...

     Cześć, jestem Asia. Jestem nastolatką, bo wiek tu nie ma znaczenia. Uczę się bardzo dobrze. Moją pasją odwiecznie była muzyka, a od niedawna także pisarstwo i aktorstwo. Gram na fortepianie i śpiewam. Piszę fanfiction i występuję na scenie.
     Moim marzeniem jest przede wszystkim bycie szczęśliwym człowiekiem, ze spełnionymi marzeniami. Chciałabym spotkać idoli, jak każda dziewczyna w moim wieku, ale także zaśpiewać z nimi. I przede wszystkim... podziękować.
     Droga Obsado, drodzy reżyserzy i cała obsługo techniczna serialu.
W życiu każdej fanki przychodzi taki moment, gdy postanawia po prostu wylać swoje uczucia na papier i powiedzieć to, czego normalnie nie może.
     Obsado, chciałam podziękować za Wasz każdy uśmiech, który sprawia, że dzień staje się piękniejszy. Za każde słowo i wiarę w nas, w Waszych fanów. Za serce, które wkładaliście w stworzenie tego serialu. Za bycie sobą i nieudawanie wielkich gwiazd. Dziękuję, że tak dbacie o to, abyśmy byli szczęśliwi. Dziękuję, że sprawiliście, że moje życie stało się lepsze. Dziękuję, że możecie być moimi idolami.
     Obsługo, Disney'u, wszystkie firmy sprowadzające obsadę do Polski, po prostu wszyscy, którzy wkładali serce w spełnianie naszych marzeń i nieustanne ich pielęgnowanie. Dziękuję za to, że chciało Wam się to robić, bo gdyby nie Wy, to nic by się nie wydarzyło. Nie zobaczyłabym idoli, a może nawet bym nigdy o nich nie usłyszała. Dziękuję, że pracowaliście w pocie czoła, aby wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. Drodzy rodzice moich idoli, dziękuję, że wychowaliście ich na tak wspaniałych ludzi.
     I w końcu drodzy V-lovers... Dziękuję, że razem tworzymy cudowny fandom i rodzinę.
     Cześć, jestem Asia i jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa, bo w moim życiu są tacy ludzie, jak Wy.


GRACIAS VIOLETTOS



sobota, 14 maja 2016

Rozdział 39/ Wyjdziesz za mnie?



Hej hej!
Chciałam tylko napisać,
że wyniki konkursu
pojawią się niebawem,
także no ^^
Wyczekujcie ♥
Miłej lektury ;***


♥♥♥


Martina

     Dzwonek. Tylko na to czekałam cały dzień. Szybko spakowałam rzeczy i wyszłam z klasy. Wzięłam
moją skórzaną kurtkę z szafki i opuściłam to paskudne miejsce. Wzrokiem zaczęłam szukać Jorge. Póki jeszcze u mnie jest codziennie po mnie przyjeżdża i zawozi, bojąc się, że coś mi się stanie. Zazdrośnik. Mój zazdrośnik, ha.
     Dziewczyny i reszta chłopaków wrócili kilka dni temu do Argentyny. Było mi ciężko, lecz wiem, że niebawem znów się zobaczymy. Castingi do Violetty dopiero za kilka miesięcy, ale myślę, że już wcześniej odwiedzę Buenos Aires. Tak, zdecydowałam się spróbować. Kto wie, może mi się uda? Poza tym... to najlepsza wymówka, aby przeprowadzić się do Argentyny i Jorge. Właśnie, o wilku mowa.
     Pod moją szkołę podjechało czerwone Porsche, a już po chwili wysiadł z niego mój król. Przeczesał włosy palcami i zdjął okulary. Uśmiechnął się pod nosem widząc mnie. Czyli robimy szopkę, jak co dzień. Blanco postanowił się tak zachowywać, chcąc pokazać wszystkim, że jestem jego, a dodatkowo wkurzyć Agnes i Carlę. Szatyn podszedł do mnie i rozejrzał się dookoła.
- Panienka na kogoś czeka? - zapytał mnie.
- A i owszem. - uśmiechnęłam się lekko.
- To może gdzieś panienkę podrzucę. - zaproponował chwytając mnie w pasie i przyciągając do siebie - najlepiej gdzieś daleko... no nie wiem, może do Barcelony? - ostatnie słowa szepnął mi do ucha. Zaśmiałam się i zmniejszyłam odległość między nami do zera - albo lepiej do ołtarza. - powiedział po chwili. Spojrzałam na niego.
- Ah tak? Miałabym wyjść, za takiego mężczyznę jak pan? No nie wiem, musiałabym się zastanowić. - odparłam poprawiając jego marynarkę.
- Czujcie się zaproszeni na nasz ślub! - krzyknął na cały plac. Ludzie popatrzyli na nas, a ja wybuchłam śmiechem.
- Hej Kochanie. - szepnęłam w końcu i znów musnęłam jego usta - mamy piątek, weekendu początek i masz zgodę na porwanie mnie. - puściłam mu oczko. Szybko jednak pożałowałam swoich słów. Blanco z cwaniackim uśmiechem przerzucił mnie sobie przez ramię i posadził w samochodzie, zapinając moje pasy. Odjechaliśmy z piskiem opon, zostawiając moich "znajomych" w osłupieniu.


Jorge

     W momencie, gdy samolot wzbił się w powietrze Stoessel mocno splotła nasze dłonie razem.
- Tak bardzo jestem przy Tobie szczęśliwa. - powiedziała spoglądając na mnie.
- Ja przy Tobie też, kochanie. - pocałowałem ją we włosy i podałem jej jedną słuchawkę, po czym sam założyłem drugą. Włączyłem naszą ulubioną piosenkę i zamknąłem oczy, po czym zupełnie odpłynąłem.
     - I tak każdy dowie się kim jesteś! Nie ukryjesz się przed prawdą. Bo prawda niedługo powróci, a ty znikniesz. - odezwał się jeden głos.
- Ranisz ją, nie widzisz? Kiedy ona dowie się prawdy odbierze sobie życie, popadnie w depresję... kocha cię, a ty ją tak oszukujesz. - gdzieś z zaświatów wydobył się kolejny.
- Zniszczyłeś im życie. Teraz módl się, aby na siebie ponownie trafili. Módl się, żeby odnaleźli w sobie to, czego potrzebują. To, co niebawem przez ciebie stracą.
     Obudziłem się przerażony i oblany potem.
- Jorge, wszystko w porządku? - zapytała mnie szatynka. 
- Tak tak, w jak najlepszym. - wymamrotałem.
- Zaraz lądujemy. - dodała. Skinąłem głową i udałem się do toalety. Obmyłem twarz zimną wodą i westchnąłem.
     - Miałem rezerwację, na nazwisko Blanco. Apartament dwuosobowy. - powiedziałem do recepcjonistki. Nadal jestem w szoku, że jeszcze żadne paparazzi nas nie wyłapali. Oby tak pozostało przez cały weekend.
- Oczywiście. Tutaj jest państwa klucz. Apartament numer 2000, na samej górze. - poinformowała nas. Grzecznie podziękowałem, po czym wsiadłem z nią do windy.|
     - Jorge tu jest cudownie. - powiedziała dziewczyna opadając na łóżko. Zaśmiałem się i położyłem się obok niej.
- Dopiero siedemnasta. - zauważyłem - co chcesz robić? 
- Zdaję się na Ciebie. - odparła.


Martina

     - Tutaj jest tak pięknie. - zachwycałam się miastem - naprawdę, uwierz mi czy nie, ale po raz
pierwszy w życiu jestem w Barcelonie. - zaśmiałam się, po czym wtuliłam w niego - tak dużo dla mnie robisz. Chciałabym Ci jakoś podziękować, tylko nie mam pojęcia jak. - westchnęłam jeszcze bardziej oplatając go swoimi dłońmi. Zapewne wyglądałam jak mała dziewczynka, w końcu chłopak był ode mnie sporo wyższy. Podniosłam wzrok i uśmiechnęłam się do niego - kocham Cię. - szepnęłam i stanęłam na palcach, po czym dałam mu słodkiego buziaka.
     - Idziemy coś zjeść? - zaproponował mi Blanco. Mimo, że uwielbiam zwiedzać i jestem niesamowicie zafascynowana Barceloną miałam już dość i byłam zmęczona.  Pokiwałam głową lekko ziewając. Spojrzałam na ogromny zegar, który wskazywał godzinę siedemnastą.
- Jeszcze tak wcześnie? - zdziwiłam się lekko przecierając oczy - czuję się, jakby była co najmniej dwudziesta pierwsza. - śmieję się lekko. Po chwili poczułam, że moje ciało podnosi się w górę, by wylądować na ramionach szatyna.
- Co Ty robisz? - zaśmiałam się wtulając w niego i opierając swój podbródek na jego głowie.
- Kocham Cię. - odpowiedział. Uśmiechnęłam się lekko i zamknęłam oczy.
- Ja Ciebie też. - wymamrotałam.
- Zróbmy tak. Teraz weźmiemy sobie coś na wynos i wrócimy do hotelu. Ty się zdrzemniesz, a potem...
- A potem pan Blanco się uciszy i tak jak panienka Stoessel zaplanowała, pójdziemy na spacer. - postanowiłam - spędźmy po prostu trochę czasu razem, porozmawiajmy. - zaproponowałam. Jorge podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się do mnie.
- Bardzo dobry pomysł. - puścił mi oczko i musnął moje wargi, chyba po raz setny tego pięknego sobotniego popołudnia.


Jorge

     Finalnie padło na sushi. Zamówiłem dla nas zestaw, po czym ze śpiącą Martiną na barkach wróciłem do hotelu. 
- Tini, wstawaj. - szepnąłem w miarę głośno, kładąc ją na łóżku. 
- Mhm. - mruknęła jedynie i przewróciła się na drugi bok. Zaśmiałem się cicho i odstawiłem nasz obiad do małej lodówki, która znajdowała się w pokoju. Położyłem się obok dziewczyny i delikatnie uśmiechnąłem, odgarniając jej włosy za ucho. 
     Była taka mała i niewinna. Musnąłem jej czoło. Jej skórę możnaby porównać do płatka róży. Była blada i bardzo delikatna. Pełne malinowe usta wyginały się w lekkim uśmiechu, co powodowało, że i moje kąciki uniosły się ku górze. Pocałowałem ją we włosy, po czym sam odpłynąłem.
     Obudził mnie śmiech ukochanej. Przetarłem oczy i spojrzałem na nią. Jadła sushi i przeglądała galerię w... moim telefonie?
- Tinka co Ty robisz? - zapytałem jeszcze lekko zaspany.
- Jorguś kochanie, wstałeś. - zachichotała i wpakowała mi do buzi kawałek sushi.
- Co Ty taka szczęśliwa? - zapytałem z uśmiechem przeżuwając rybę.
- Pisałam z chłopakami z Twojego konta i mam dużo Twoich głupich zdjęć. No i przy okazji nową tapetę. - oznajmiła mi pokazując swój telefon, a na nim śpiącego mnie. Spojrzałem na dziewczynę.
- A więc tak się bawimy. - powiedziałem udając zdenerwowanego. Tini najwyraźniej się przestraszyła, bo na moment wstrzymała oddech. Wykorzystałem idealnie tę sytuację i zacząłem ją łaskotać. Jestem wręcz pewien, że ludzie w całym hotelu zdążyli usłyszeć, że panienka Stoessel ma łaskotki.


Martina

     - Nawet nie wiesz jak się cieszę, że mnie tutaj zabrałeś. - uśmiechnęłam się wtulając w ramię
szatyna. Po godzinie dwudziestej pierwszej te okolice Barcelony jak widzę usypiają... Delektowałam się tym widokiem. Pięknie oświetlone uliczki, woda, księżyc, gwiazdy... No i oczywiście my. Szczęśliwi my.
- A ja się cieszę, że się zgodziłaś. - pocałował mnie we włosy. Przymknęłam powieki na ten gest. Uwielbiam gdy mnie całuje. W nos, czółko czy usta. To sprawia, że moje serce zaczyna po prostu wariować. Czuję tysiące dreszczy, a i oczywiście wytwarza się coraz to więcej kochanych endorfin szczęścia. 
     Hmm, ciekawe jak to będzie wyglądało za kilka lat. Jak ja będę wyglądać, a jak on? Zmienimy się? Może staniemy się lepsi, a może nasze charaktery zupełnie się zepsują? Będziemy jeszcze razem? W jakim momencie kariery będzie Blanco, a i gdzie ja wyląduję? Na wielkiej scenie, czy za biurkiem w wysokim wieżowcu? Będę szczęśliwa, popadnę w depresję? Będę płakać po nocach czy śmiać się do upadłego? Jak za kilka lat będzie wyglądało moje życie?
     - O czym myślisz? - z zamyślenia wyrwał mnie Jorge, gdy przystanęliśmy na niewielkim mostku. Przysięgam, to było chyba najpiękniejsze miejsce jakie widziałam w Barcelonie. Co więcej - już doskonale wiedziałam, że jest tylko i wyłącznie nasze.
- Myślę o nas. - odpowiedziałam z uroczym uśmiechem spoglądając na niego - o tym jak bardzo jesteśmy szczęśliwi. Że się kochamy, że radzimy sobie z problemami... Że oprócz miłości jest między nami przyjaźń, szczerość i wsparcie. Że właśnie na tym zbudowaliśmy nasz związek. - powiedziałam, zanim zdążył się odezwać - Jorge... Nigdy byś mnie nie zranił, prawda? Nie okłamał. Proszę Cię, obiecaj mi, że nigdy mnie nie zostawisz. - poprosiłam, patrząc w jego oczy. Przełknął ślinę, jakby się denerwował.
- Obiecuję. - szepnął i musnął moje czoło.
- A wiesz co? - zapytałam chichocząc i rumieniąc się jak mała dziewczynka.
- Tak? - uśmiechnął się, pokazując szereg swoich białych zębów.
- Od pierwszego spojrzenia wiedziałam, że kiedyś się w Tobie zakocham. - wyszeptałam mu do ucha.
- Ojj Tini. - zaśmiał się tuląc mnie do siebie.


Jorge

     - Gdzie Ty mnie ciągniesz? - westchnąłem za śmiechem idąc za dziewczyną. Cieszyła się niesamowicie i usilnie ciągnęła mnie za rękę, najwyraźniej w stronę plaży - słońce jest już jedenasta. - dodałem. Nie twierdzę, żebym był zmęczony, ale już ciemno, a mimo, że Martina jest ze mną, to nie chcę, aby cokolwiek jej się stało.
- Zobaczysz, no nie bez powodu kazałam Ci ubrać kąpielówki. - zachichotała. Ona coś piła, że jest taka wesoła? 
     Po chwili weszliśmy na plażę, gdzie stało kilka pochodni oraz leżała deska do surfingu. Gdzieś w tle leciała moja ulubiona playlista, a na stoliku stały dwa koktajle owocowe. Tini zaciągnęła mnie do niego.
- O co chodzi? - zapytałem zdezorientowany. Dziewczyna chwyciła moje dłonie i spojrzała w oczy.
- Chciałam Ci podziękować. - szepnęła - chciałam Ci powiedzieć, że... - zaczęła i westchnęła z lekkim śmiechem spuszczając wzrok, po czym z powrotem wróciła nim do mnie. Patrzyłem na nią z lekkim uśmiechem - że Cię kocham. Podziękować, bo dajesz mi tyle szczęścia, ile jeszcze nikt mi nigdy nie przekazał. Jesteś tak wspaniałym chłopakiem, że uwierz... Każda dziewczyna chciałaby takiego faceta. Dziękuję za każdy uśmiech, pocałunek, za każdy objęcie silnymi ramionami, dzięki którym czuję się bezpieczna. Dziękuję, że każdego dnia uświadamiasz mnie, że jestem ogromną szczęściarą, że Cię mam. Dziękuję za każde "kocham cię", za każde spojrzenie, każde wyjście gdziekolwiek, każdą rozmowę, każdą wiadomość. Dziękuję Ci, że pokochałeś mnie taką jaką byłam i jestem, że nie próbowałeś mnie zmieniać. Jorge, daajesz mi tyle powodów do tego by Cię kochać, że... - położyłem jej palec na ustach.
- Ciii. Nie mów nic. Kocha się za nic. Nie istnieje żaden powód do miłości. A przynajmniej tak mawia Paulo Coelho. I wiesz co? Ma rację. - powiedziałem cicho, po czym złożyłem na jej wargach delikatny pocałunek. Jednak przysięgam, to był nasz najpiękniejszy pocałunek. To wszystko co sobie dziś obiecaliśmy i to ile miłości z nas wyszło w słowach. Ten wyjątkowy pocałunek był zwieńczeniem tego wszystkiego. Pocałunek, który uświadomił nam, że to właśnie na siebie czekaliśmy całe życie.
     - Tini. - szepnąłem siedząc z nią na desce surfingowej trochę od plaży.
- Hm? - szepnęła opierając swoje czoło o moje.
- Obiecasz mi coś? - zapytałem. Dziewczyna skinęła głową.
- Kiedy skończysz szkołę... - nasze spojrzenia spotkały się - przyjedziesz do mnie, do Argentyny. I zamieszkasz ze mną. - szatynka nie kryła zdziwienia, a to był dopiero początek - później ja Ci się oświadczę i pobierzemy się. I pobuduję nam dom. I posadzę drzewo naszym dzieciom. - wyznałem. W jej oczach dostrzegłem łzy, mam nadzieję, że wzruszenia, które już po chwili spłynęły po jej policzkach.
- Oświadczasz mi się? - zaśmiała się lekko uśmiechając szeroko.
- W pewnym sensie tak. Tylko nie mam pierścionka, ale spokojnie, na to jeszcze przyjdzie czas. - odparłem cicho - więc jak będzie? Wyjdziesz za mnie? - poczułem jak jej mokre wargi stykają się z moimi.
- Tak Jorge. Zostanę Twoją żoną. - ja kochałem ją, ona kochała mnie. I byliśmy szczęśliwi.


♥♥♥


     No i jak? Okay, ja się popłakałam, okay, ja naprawdę płaczę, okay, no nie mogę no :((((. Jakoś potrzebowałam napisać coś takiego. Coś od serca. Po prostu. Myślę, że niektóre osoby, które czytają uważnie, mogą zauważyć malutkie znaki, że coś się niedługo wydarzy... Ale jestem pewna, że nikt z Was nie wpadnie na to co. A może zostanie tak jak jest? No nic, musicie czekać i czytać ♥
     Pal licho, że jest rozdział, a nie było 20 komentarzy, będę dla Was dobra. I rozdział taki długo, nono, Asia robi postępy :D. Tak czy siak, pamiętajcie, że jeśli zajmuję komuś miejsce, to moje komentarze się nie wliczają, haha ;P. Wyniki konkursu na nazwę grupy już niedługo, ogarniam sprawy techniczne, bo z tym mam niemały problem... ;_;
     Teraz uwaga moi mili, bardzo ważna sprawa, a raczej dwie.
     Po pierwsze: serdecznie zapraszam Was na najwspanialszą grupkę pod słońcem, Polish Tinistas Forever ♥. No mówię Wam, tam są tacy kochani ludzie, że ajjjj <333 ja też tam jestem ^^
     Po drugie: może wiecie, a może nie, w Radiu Young Stars trwa Fandoms Cup 2016. Fandomy walczą o oficjalny zlot. Walczymy też my, Vlovers. Uwaga - pod nas wliczają się wszystkie fandomy Violettos prócz Lodofanaticas i Samukistas (chociaż ważne - wspieramy się nawzajem!). Już w poniedzałek nadchodzi nasze kolejne starcie. Tym razem walczymy z Selenators i Łabądkami. Bitwa rozpoczyna się o godzinie 19 w radiu, którego możecie słuchać pod adresem www.radioyoungstars.pl. Niestety, jesteśmy pierwszą grupą i nie mamy pojęcia, co tym razem nas czeka, zwłaszcza, że dochodzą nam teraz wyzwania. Także już przed 19 zacznijcie spamować na Twitterze pod hastagiem #ViolettaOnRYS, a podczas audycji dowiecie się pod jaki numer wysyłamy sms-y. Dzwońcie też o premię, pod numer 61 625 59 59. Na grupie Violetta Polska został ponownie przeprowadzony quiz i mamy także wybraną reprezentację, która będzie odpowiadała na pytania. Uwaga - JA TEŻ TAM JESTEM, TAKŻE KOCHANI, SŁYSZYMY SIĘ JUŻ W PONIEDZIAŁEK O GODZINIE 19 W RADIU YOUNG STARS!
     Tymczasem tradycyjnie:


20 komentarzy ~ rozdział 40

Besos, aniołki moje!
Mrs.Blanco







wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział 38/ Beznadziejne zakochany Pasquarelii, to pijany Pasquarelli.


Ze specjalną dedykacją
dla Mileny, Wiktorii i Oli.
Ola - powodzenia na ostatnim
dniu egzaminów
kochanie moje ♥
Będzie dobrze, nie martw się,
ja, my wszyscy w Ciebie wierzymy!
A Milena i Wiktoria...
Brak słów, naprawdę nie wiem 
co powiedzieć...
Raz jeszcze dziękuję za akcję
na twitterze
#AsiaToPolskaTini
Dziękuję!

♥♥♥


Martina


     Weszłyśmy z dziewczynami do klubu równo o godzinie 20. Rodzice nie mieli większych sprzeciwów puszczenia mnie na tę imprezę. Jak sami powiedzieli, ufają mi i wiedzą, że nie zrobię nic głupiego. Wzrokiem zaczęłam szukać tylko jednej osoby, a mianowicie właściciela tych przepięknych szmaragdowych oczu. 

- Panno Stoessel, widzę panią. - usłyszałam głos wydobywający się z głośnika. Rozejrzałam się dookoła zdziwiona, aż wreszcie natrafiłam wzrokiem na scenę, jak i wcześniej poszukiwane zielone tęczówki. Uśmiechnęłam się pod nosem i ruszyłam w jej kierunku. Powoli weszłam na podwyższenie.
- Ślicznie wyglądasz. - szepnął mi od razu do ucha ukochany. Zarumieniłam się lekko.
- Obiecuję Ci, że zagramy tylko kilka piosenek i już do Ciebie wrócę. - powiedział. Zachichotałam.
- Jorge, to Twoja praca. Nie jestem małą dziewczynką, dam sobie radę. - pogładziłam jego ramię kciukiem. Chłopak uśmiechnął się na te słowa i objął mnie.
- Kocham Cię. - powiedział i zamknął odległość między nami pocałunkiem.
     Chłopaki zaczęli grać niedługo po naszym przyjściu. Niektórzy słuchali, a inni bawili się w rytm muzyki. Ja tylko siedziałam wpatrzona w mojego chłopaka, przygryzając wargę. Dziewczyny już dawno porwano do tańca, tylko ja siedziałam sama jak palec. Sączyłam jakiś sok, nie mając ochoty na kolorowe drinki. Po chwili usłyszałam pierwsze akordy chyba jakiejś nowej piosenki chłopaków. Uśmiechnęłam się lekko i podeszłam pod scenę. Jorge wbił we mnie wzrok i zawiesił się. Nie robił nic, prócz wpatrywania się we mnie i śpiewania. Czułam jak moje policzki przybierają kolor dorodnego pomidora. Moje serce biło jak oszalałe. Dlaczego? Przecież to nie pierwsza taka sytuacja.
Tak bardzo go kocham, ale coś mi mówi, że moje szczęście nie potrwa długo. Mam nadzieję, że się mylę.
- Kochałem Cię, tysiąc poprzednich żyć... - zaśpiewał puszczając mi oczko.


Ruggero

     Mam tego wszystkiego powoli dość. Nie potrafię obojętnie patrzeć na szczęście Martiny i Jorge.
Zwłaszcza, że odnoszę wrażenie, że to nie jest ten sam facet, jakiego znałem. O co w tym wszystkim chodzi? Nigdy nie był taki czuły i romantyczny. Jakby ktoś go podmienił. 
     Spojrzałem na uśmiechniętą Martinę pod sceną. Uwielbiam jej uśmiech. Jest taka delikatna i krucha. Jej spojrzenie, niczym dwa diamenciki. Jest prawdziwą księżniczką.
     Czy się zakochałem? Zapewne tak. To chyba nie jest normalne, że widząc moje serce przyspiesza tempa, uśmiech sam ciśnie się na usta, a i ja zaczynam się dziwnym trafem stresować.
     Całe to uczucie musi jednak pozostać tajemnicą. Ani Jorge, ani tym bardziej Martina nie ma prawda się dowiedzieć o tym, jak bardzo mi na niej zależy. Zraniłbym ich dwójkę. Jednak już dość dawno zauważyłem coś. Jorge się zmienił. Diametralnie. Nigdy nie był takim romantykiem. Zupełnie nagle zerwał ze Stephie i poleciał do Stoessel. Nie interesowały go tak poważne związki. Sam, jak mówił, być z Camareną tylko i wyłącznie z przyzwyczajenia. Blanco cały jest jakby dawnym przeciwieństwem siebie. Szczerze? Nie mam pojęcia o co w tym chodzi, ale martwię się.
     Patrząc na "Jortini" po zakończonych koncercie ciężko było mi normalnie funkcjonować. To jak on ją przytula i całuje... To ja powinienem być na jego miejscu.
- Jeszcze raz poproszę. - mówię do barmana patrząc na nich zły.
- Chyba już ci wystarczy. - śmieje się mężczyzna wycierając szklanki i mieszając kolejne drinki.
- Jeszcze raz powiedziałem! - syknąłem zły pijąc alkohol. Nie widzę innego rozwiązania dla tego smutnego wieczoru. Beznadziejne zakochany Pasquarelii, to pijany Pasquarelli.


Jorge

     - Wiesz co daje mi największą satysfakcję? - zapytałem patrząc w jej oczy. Usiedliśmy na chwilę na kanapie, ponieważ Tini chciała odpocząć.
- Nie mam pojęcia. - zachichotała.
- A więc... - przybliżyłem się do niej - każdy patrzy na Ciebie jak na boginię, ale to ja jestem z Tobą. To ja Cię kocham, przytulam i całuję. To ja teraz tu z Tobą siedzę. - uśmiechnąłem się zadowolony i czule ją pocałowałem. Wieczór spędziliśmy razem, ciesząc się sobą. Za kilka dni wracam do Argentyny...
     Rano pojawiłem się u Martina już z samego rana. To miała być niespodzianka i mam nadzieję, że tak pozostało. Otworzył mi Francisco.
- Jorge! - powiedział z uśmiechem i przybił mi męską piątkę. Wspominałem już, że moje relacje z bratem Martiny to prawdziwy goal?
- Hej, Tini już wstała? - zapytałem.
- Tak, szykuje się na górze. - odpowiedział.
- Ale mam nadzieję, że nic jej nie mówiłeś? - na moment zamarłem. Chłopak zaśmiał się i pokręcił głową. Uff, kamień z serca.
     Wszedłem na górę i zobaczyłem Martinę obróconą tyłem. Nie widziała mnie. Uśmiechnąłem się pod nosem i powoli podszedłem do niej, po czym szybko obróciłem ją i pocałowałem. Czułem, że dziewczyna dziwi się, ale i uśmiecha, a po chwili odwzajemnia pocałunek.
- Jorge. - zaśmiała się po chwili odsuwając ode mnie oraz splatając dłonie za moją szyją - nie rób mi tak więcej - zachichotała.
- Dzień dobry. - powiedziałem cicho i oparłem swoje czoło o jej.
- Co Ty tutaj robisz? Wiesz, która jest godzina? Zazwyczaj jeszcze śpisz - zauważyła.
- Mam dla Ciebie niespodziankę. - oznajmiłem. Tini była widocznie zdziwiona - lecimy na weekend do Barcelony. - wyszeptałem jej do ucha. Poczułem mocny uścisk, co było równe z tym, że ukochana wręcz dosłownie rzuciła się na mnie szczęśliwa.


Mercedes

Niepewnie zapukałam do drzwi Ruggero. Widziałam wczoraj wieczorem w jakim był stanie i coś podpowiadało mi, że powinnam go odwiedzić. Po chwili z pokoju hotelowego wyszedł  zaspany Pasquarelli.
- Przepraszam, obudziłam Cię? - speszyłam się.
- Nie. - mruknął i wpuścił mnie do środka. Niepewnie weszłam do środka. Na fotelach wszędzie leżały jego rzeczy, a obok łóżka stały butelki. Chłopak zarzucił na siebie wymiętą koszulę.
- Poczekaj. - westchnęłam i zabrałam jego koszulę, po czym udałam się do siebie, gdzie wyjęłam z szafki żelazko i zaczęłam prasować ubranie.
- Po co to robisz? - zapytał mnie. Spojrzałam na niego.
- Bo nie mogę patrzeć na to, jak cierpisz. - powiedziałam cicho - Martina kocha Jorge, a Jorge kocha Martinę. I przepraszam, ale nie mam też zamiaru rozwalać ich związku, bo Ty się zakochałeś. Tak nie można, przepraszam. - dodaję.
- Skąd wiedziałaś? - zdziwił się. Odłączyłam żelazko i wzięłam koszulę.
- Uwierz, łatwo jest rozpoznać, gdy ktoś robi maślane oczy. Zakochanie jak nic. - rzuciłam mu górną część garderoby i opadłam na łóżko. Podszedł do mnie i chwycił moją dłoń, po czym położył się obok. Czułam motyle w brzuchu oraz przyjemne dreszcze przechodzące przez moje ciało. Cóż, to nie nowość, że podoba mi się Pasquarelli. Jego oczy, głos... Spojrzałam na niego, zatrzymując się na soczewkach.
- Dziękuję. - szepnął i pocałował mnie w czoło, po czym czule objął. Wtuliłam się w niego zamykając oczy. Ile bym dała, aby tak było codzień...



♥♥♥

Hej, hej, hej! Przychodzę do Was z kolejnym rozdziałem - mam nadzieję, że Wam się podoba i jesteście zadowoleni! (swoją drogą, na razie jestem dość systematyczna, prawda? hsshshs) ^^ Chciałabym tutaj poruszyć kilka tematów, bo ostatnimi czasy tak dużo się dzieje! Chyba właśnie dlatego napiszę osobnego posta ♥ Ojejku, kocham Was bardzo, bardzo, bardzo mocno, wiecie? A no, bym zapomniała!

KONKURS NA NAZWĘ GRUPY
ZOSTAJE PRZEDŁUŻONY
DO KOŃCA KWIETNIA
EMAIL: mrs.blanco77@gmail.com

Na konkurs otrzymałam niestety tylko trzy prace, dlatego przedłużam. Spróbujcie - może wybiorę akurat Waszą nazwę :)! Cóż, nie będę przedłużać, miłego wieczorku! A tym, którzy jeszcze jutro piszą testy (podobnie jak moja Ola) - POWODZENIA, JESTEM Z WAMI! <333
Tradycyjnie już:


Rozdział 39 ~ 20 komentarzy



Besos,
Mrs.Blanco





     


sobota, 2 kwietnia 2016

Rozdział 37/ Nie ma już dla mnie ratunku.


PROSZĘ, PRZECZYTAJ NOTKĘ POD ROZDZIAŁEM,
CHODZI TU O LOSY BLOGA.
Przypominam o Facebookowej stronie! :)
Tam mnie zawsze znajdziecie ;*
Zapraszam do lektury,
a na końcu i na "mały konkurs" :*


♥♥♥


Diego



Siedziałem spokojnie popijając kawę i próbując zagrać coś na dawno już rozstrojonej gitarze. Po chwili jednak usłyszałem charakterystyczny odgłos dzwonka do drzwi. Spojrzałem zdziwiony na zegar. Niedziela, 17:24. 

Nie byłem osobą, do której ludzie by tak lgnęli, czy też po prostu odwiedzali. Byłem inny. Właśnie, byłem, a teraz, aby im to udowodnić muszę się nieźle natrudzić.
Wstałem z czarnej, skórzanej sofy, znajdującej się w niewielkim salonie mojego nowoczesnego apartamentu, po czym udałem się do drzwi. 
Zamarłem, widząc w nich blondynkę. To była Ashley. Moja Ashley. Patrzyła na mnie, swoimi pięknymi, niebieskimi oczami.
- Diego. - szepnęła oszołomiona i wtuliła się we mnie. Czułem jak jej łzy moczą moją koszulę. Czule objąłem ją ramionami, zamykając tym samym w nim cały mój świat.
- Ashley. - wyszeptałem jej do ucha całując jej policzek. Spojrzałem kątem oka na Martinę, obejmowaną przez mojego kuzyna i uśmiechnąłem się do nich. Oni tylko odwzajemnili gest, po czym skinięciem głowy pożegnali się i skierowali do windy. Wpuściłem blondynkę do środka i zamknąłem drzwi.
- Napijesz się czegoś? - zapytałem kierując się do kuchni. Spojrzałem na nią. Stała z lekko podpuchniętymi oczami, trzymając dłoń na łokciu i kręcąc głową. Popatrzyłem na nią zdziwiony. Coś się ewidentnie stało. Podszedłem do niej i uniosłem jej podróbek do góry. Patrzyłem w jej oczy, z których znikł już tamten blask. Widziałem tylko strach i ból.
- Pocałuj mnie. Pocałuj tak, jakbyś to zrobił to pierwszy i ostatni raz. - poprosiła mnie nagle. Zamarłem, ale i moje serce zabiło szybciej. Przybliżyłem się do niej i delikatnie musnąłem jej wargi.
- Kocham Cię. - szepnąłem opierając swoje czoło o jej. Po raz kolejny usłyszałem jak szlocha.
- Ja Ciebie też kocham, Diego. I będę kochać już zawsze. Pół roku i jeden dzień dłużej. - odparła. Odsunąłem się zdziwiony.
- Pół roku? Chwila, dlaczego? Co będzie potem? - tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi.
- Potem odejdę. - powiedziała cicho.
- Wyjeżdżasz? Ashley, kochanie, pojadę z Tobą choćby na koniec świata. - obiecałem kręcąc głową i splatając nasze dłonie w jedność.
- Nie Diego, nie możesz... Odejdę na zawsze.
- Nie rozumiem...
- Mam białaczkę. Lekarze nie dają mi więcej niż pół roku. Nie ma już dla mnie ratunku. - wtedy po raz pierwszy w życiu płakałem...


Martina

- Jak myślisz, o co chodzi? - zapytałam ukochanego bawiąc się jego dłonią.
- Nie mam pojęcia, ale znając mojego kuzyna, nie będzie tego długo trzymał w tajemnicy. - zaśmiał się. Zachichotałam - Tini? - zatrzymał się nagle. Spojrzałam na niego pytająco - mówią, że oczy są zwierciadłem duszy. Co widzisz w moich oczach? - zapytał mnie. Uśmiechnęłam się lekko. Podeszłam do niego i splotłam dłonie za jego szyją. Zatopiłam się w zieleni jego oczu.
- Widzę w nich słońce, któremu nareszcie udało się przebić przez chmury. Widzę czyste niebo i kilka motyli przelatujących nad łąką pełną kwiatów, które dopiero co zakwitły. A pośród nich widzę iskierkę. Skrzy się na wszystkie strony. I tę iskrę właśnie, nazywają miłością. - szepnęłam. Widziałam wzruszenie wymalowane na jego twarzy. Chłopak złączył nasze usta w pocałunku. Był jak muśnięcie wiatru. Delikatne i niesamowite zarazem.
- Jorge... - zaczęłam - nie zrań mnie, proszę. - poprosiłam patrząc na iskierki w jego szmaragdowych tęczówkach.
- Obiecuję. - powiedział. Mam nadzieję, że nie kłamał... Ugh, Tinita, znowu szukasz drugiego dna! Chłopak Cię kocha, okazuje to dosłownie na każdym kroku, a ty tak się zachowujesz.
- Idiotka. - pomyślałam w myślach zła.
Romantyczne chwile przerwał mi SMS od Mechi.

"Impreza dzisiaj, nie ma innej opcji! Zabieramy chłopaków ze sobą, będą grali w klubie. Do zobaczenia o 20, besos :*******".

Uśmiechnęłam się lekko.
- Gracie dzisiaj w klubie, a my idziemy z Wami. - uśmiechnęłam się.
- Serio? - zdziwił się - mamy jakiś koncert? - podrapał się po włosach. Wyjął telefon i dopiero wtedy zauważył wiadomość od Samu - rzeczywiście. - zaśmiał się. Pokręciłam głową z rozbawieniem.
- Jesteś strasznie roztargniony. - zauważyłam.
- Z taką dziewczyną u boku, nietrudno o zapomnienie o całym świecie. - puścił mi oczko. Zarumieniłam się lekko - pomidorku. - zaśmiał się - to moje ulubione warzywa. - na te słowa oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Ludzie patrzyli na nas dziwnie - za chwilę mam próbę... Zobaczymy się wieczorem? - zapytał mnie z nadzieją Blanco. Skinęłam głową z uśmiechem.
- Do wieczora. - musnęłam jego wargi, po czym niechętnie udałam się w stronę domu.


Ashley

- Diego błagam Cię, nie płacz. - szepnęłam. Chłopak chodził po pokoju w kółko.
- Nie, to niemożliwe... - powtarzał w kółko cicho, chowając twarz w dłoniach.
- Diego. - powtórzyłam.
- Niemożliwe, powiedz, że to chory sen. - poprosił. Spuściłam wzrok.
- Myślisz, że mi jest łatwo? - westchnęłam z bólem - każdego dnia budzę się z myślą, że ten dzień może być moim ostatnim. Diego proszę Cię, uspokój się. - szepnęłam błagalnie. Chłopak usiadł obok mnie i chwycił moje dłonie.
- Może jeszcze da się to wyleczyć? Może jest jeszcze jakaś szansa? - szepnął z nadzieją. Pokręciłam głową.
- Teraz chemia może mi już tylko zaszkodzić. - powiedziałam - już nic nie można zrobić. - na te słowa Dominguez rzucił kubkiem o podłogę. Wzdrygnęłam.
- Diego. - szepnęłam przerażona. Po raz pierwszy widziałam u niego łzy. Siedział na fotelu i płakał.
- Boję się. - powiedział - boję się, że Cię stracę. - powtórzył. Podeszłam do niego i delikatnie go pocałowałam.
- Kochanie... ja zawsze będę obok. - powiedziałam. Spojrzał na mnie.
- Ale dlaczego Ty? - ponownie zadał pytanie. Westchnęłam i usiadłam obok niego. Chwyciłam jego dłoń.
- Zacznę od początku. - postanowiłam. Brunet tylko skinął głową. Wzięłam głęboki oddech i spojrzałam mu w oczy - to miały być zwykłe badania kontrolne. Wiesz, tak żeby sprawdzić czy wszystko w porządku. Już po pobraniu krwi lekarz zaczął się niepokoić. Nie wiedziałam o co chodzi, ale musiałam zostać na kilka dni w szpitalu. Zaczęły się ciągłe badania, różne rozmowy, czy piję, palę... Nikt nie chciał mi powiedzieć co się dzieje, nie spałam przez to po nocach. - szepnęłam ze łzami, jednak starając się nie płakać - dopiero po pięciu dniach... lekarz powiedział mi, że... że choruję na nowotwór złośliwy. - moje oczy zaszkliły się jeszcze bardziej - na jakikolwiek ratunek jest już za późno, nie dają mi... więcej niż pół roku. - uśmiechnęłam się blado, a kilka łez spłynęło mi po policzkach. Chłopak objął mnie czule, chowając twarz w moich włosach.
- Nie pozwolę Ci odejść. - szepnął - obiecuję, że pomogę Ci wyzdrowieć. - dodał. Uśmiechnęłam się lekko i tylko zamknęłam oczy, zatracając się w tej chwili.


Mechi


- Może ta? - zapytałam.
- Nie, ta jest zbyt elegancka. - powiedziała Martina wyłaniając się z szafy.
- A ta? - wskazałam kolejną sukienkę.
- Zbyt prosta. - rzuciła.
- Ugh, no to w takim razie ty tutaj nie masz odpowiedniej sukienki na wieczór. - westchnęłam siadając zmarnowana na jej łóżku. Poczułam obok siebie wibracje. Na wyświetlaczu telefonu mojej przyjaciółki widniało zdjęcie Blanco. Spojrzałam w jej stronę. Chyba nie usłyszała, że dzwoni. Postanowiłam więc odebrać.
- Hej księżniczko. - powiedział subtelnym głosem.
- O ble, każda wasza rozmowa się tak zaczyna? - powiedziałam.
- Mechi? - wyraźnie się zdziwił.
- Przy telefonie.
- Mam! - krzyknęła Tini wyjmując kilka ubrań z szafy. Spojrzała na mnie - to Jorge? - zapytała wskazując na swojego białego iPhone'a. Skinęłam głową. Szatynka wręcz rzuciła się na mnie wyrywając mi telefon.
- Halo? - powiedziała - hej ... Tak, ja też tęsknię ... Ale spokojnie, zobaczymy się wieczorem ... Ja też cię kocham. Bardzo ... Do zobaczenia. - zakończyła rozmowę z uśmiechem.
- Widzę, że lovka się kręci. - powiedziałam szczęśliwa. Tini tylko pokiwała głowa.
- Nareszcie czuję, że jestem szczęśliwa. - rozmarzyła się - nareszcie mam dla kogo żyć, uśmiechać się, nareszcie mam kogo kochać. - odparła. Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Nawet nie wiesz jak się cieszę z twojego szczęścia. - szepnęłam - i mam nadzieję, że cię nie skrzywdzi. Jeśli to zrobi, to osobiście go zabiję. - obiecałam. Szatynka zaczęła się śmiać - dobra, a teraz ubieraj się, lecimy na imprezę! - zaśmiałam się.



♥♥♥

     Kilka spraw organizacyjnych, jednakże bardzo dla mnie ważnych! Proszę o przeczytanie!
Zacznę od początku... Zabijecie mnie zapewne za ten wczorajszy żart, prawda? Jednak jestem szczęśliwa, że go zrobiłam. Nie dlatego, że Was wkręciłam, ale dlatego, że poczułam jak bardzo mogę na Was liczyć. Już kilka minut po opublikowaniu "Love, Mrs.Blanco" zostałam zaspamowana na wszystkich moich social mediach wiadomościami. Pisaliście tyle miłych słów, tak bardzo czułam się choć przez chwilę dla kogoś ważna. Chciałabym w tym miejscu serdecznie pozdrowić Lil ly oraz Natalię. Dziękuję Wam za wszystkie ciepłe słowa. Szczerze? Czytając to wszystko miałam ochotę Was wszystkich przytulić. I osobiście mam nadzieję, że kiedyś będę miała taką okazję, poznać Was bliżej. Dziękuję Wam za wszystko! (i spokojnie, jak na razie nie mam zamiaru niczego zamykać czy też odchodzić <3).
     Jeżeli mówimy o poznaniu się! Mam dla Was mały konkurs. Ostatnio na pewnej konfie Julia oraz Nata no i ja, wpadłyśmy na pomysł założenia grupy. Nie traktuję się tutaj jako jakiegoś fejma, co to to nie :) Chcę po prostu mieć z Wami lepszy kontakt i możliwość poznania Was. Zasady są proste.

WYMYŚL NAZWĘ DLA MOJEJ GRUPY

NAGRODA:
Administrator + dedykacja 3 rozdziałów

Pomysły wysyłajcie na maila:
mrs.blanco77@gmail.com
w temacie wpisując
KONKURS JOL

Czas: do 15 kwietnia

     No, to to chyba tyle. Prócz tego postanowiłam, że zmniejszę szantaż, tym samym będę mogła dodawać więcej rozdziałów. A jak podoba Wam się rozdział? <3 Piszę teraz trochę na zapas, pozdrawiam Was chora z łóżka... ._. No nic, to tyle!

20 komentarzy ~ rozdział 38


Besos!
Mrs.Blanco




piątek, 1 kwietnia 2016

Love, Mrs.Blanco




Drodzy czytelnicy!

     W życiu każdego bloggera przychodzi taki czas, kiedy mimo chęci, coś pęka. Lina, iskra, zapał. Nie umiem dokładnie określić definicji tego czegoś. Ale w moim życiu też nadszedł właśnie taki moment.
     Cześć, jestem Mrs.Blanco. Niewielu z Was zna moje prawdziwe imię, ale to chyba nieistotne. Tak mi się przynajmniej wydaję. Bloga prowadzę już długi czas, może nie systematycznie i skrupulatnie, ale jednak piszę i staram się. Do teraz.
     36 rozdziałów, ponad 122 tysiące wyświetleń i 779 komentarzy. Czy to sukces? Tak.
To największy sukces w moim życiu. Zaczęłam od zera, izolując bloga od pewnych rzeczy. Skromność, nieskromność, wybiłam się, i jestem z tego paskudnie dumna. 
     Czytając każdy komentarz, opinię, maila, czy wiadomość od Was, w moim serduszku robiło się niesamowicie ciepło, a i czasem potrzebowałam chusteczek. 
     Jesteście najwspanialszymi czytelnikami jakich mogłam sobie wymarzyć. 
     Ale ostatnio coś się zaczęło psuć. Sama nie wiem, co to dokładnie jest. Brak czasu, chęci, weny i przede wszystkim pasji i energii, której na początku miałam w sobie aż za dużo. 
     Komentarzy, które dają mi kopa, zaczęły zmniejszać swoją ilość. Kiedyś blisko 50, dziś ledwie niecałe 20. 
     Uznajcie mnie za tchórza, ale już nie mogę. Nie potrafię. Rezygnuję... 
     Dopiszcie własne zakończenie do tej historii. Co dalej będzie z Martiną, Jorge, Ruggero, Lodovicą, Mercedes, Albą, Candelarią, Diego, Ashley, Francisco, Facundo, Samuelem, Nicolasem, Alejandro, Marianą. 
     Nie chcę, aby ktoś tu po mnie płakał, czy próbował zmienić moją decyzję.
Ja już ją podjęłam. Chcę zacząć coś nowego, na nowej karcie. I z czegoś muszę zrezygnować. Padło na bloga.
     Przysięgam, że ten blog jak i poznanie Was wszystkich, tylu wspaniałych osóbek, nie tylko z Polski, było jedną z najlepszych rzeczy jaka mi się w życiu przytrafiła.
     Chciałabym podziękować każdej/każdemu z Was osobna.Wyobraźcie sobie, że to właśnie robię.

     To był mój ostatni post, moje ostatnie słowa do Was.
Zapomnijcie o mnie, byłam tylko przelotnym 
deszczem, słońcem, wiatrem, tęczą.
Kocham Was i dziękuję.
Nigdy Was nie zapomnę.
Kiedyś się spotkamy, obiecuję, a tymczasem...
Już po raz ostatni.
Love, Mrs.Blanco.


PS. To nie koniec, to nowy początek.










     

niedziela, 27 marca 2016

Rozdział 36/ Jestem Ashley.



Ze specjalną dedykacją dla Lil ly, 
która dostała ataku serca
po tym jak dowiedziała się,
że ja to ja ♥



Jorge

Siedzimy wszyscy razem wokół ogniska. Palące się drewno iskrzy się. Wcześniej byłem jeszcze z Martiną u niej, gdyż nalegała, że chce się przebrać. Mówiłem jej, że przecież dobrze wygląda, jednakże ona tłumaczyła wszystko wygodą. Poczekałem na nią, aż przyszłaprzebrana. Uśmiechnąłem się widząc ją, po czym czule musnąłem policzek ukochanej. Chłopaki dali znać, że wszyscy są już na plaży. Wsiedliśmy na mój motor, po czym ruszyliśmy w kierunku wybrzeża.

Ze splecionymi dłońmi usiedliśmy obok naszych przyjaciół. Wszyscy wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Martina zaśmiała się lekko i odgarnęła włosy za ucho. Uśmiechnąłem się.
- Może. - powiedziałem tajemniczo. Pasquarelli westchnął lekko zły.
- Tak czy nie? - zapytał zbulwersowany. Zdziwiłem się lekko.
- Spuść z tonu może. - powiedziałem. Nie wiem o co mu chodzi, ale od czasu kiedy między mną a Martiną zaczęło się już coś naprawdę dziać, zaczął się dość dziwnie zachowywać. Ciągle miał jakiś problem, kłócił się o nic, był naprawdę nieprzyjemny.
- Bo robicie z tego nie wiadomo jaką tajemnicę, nie wiem jaki masz problem z tym, żeby powiedzieć nam czy jesteście razem czy nie. - wkurzył się. Zmarszczyłem brwi.
- O co ci chodzi? - założyłem ręce na klatce piersiowej. Szatyn tylko mruknął coś pod nosem i poszedł gdzieś zabierając ze sobą piwo. Martina spojrzała na niego niepewnie.
- Może pójdę z nim porozmawiać? - spytała.
- Nie Kochanie, lepiej zostaw go samego, facet sam nie wie jak się ma i zachowuje jakby miał okres. - odparłem, za co dostałem z łokcia. Złapałem się za obolałe miejsce.
- Nie obrażaj mi tu kobiet, panie Blanco. - odparła z satysfakcją i podeszła do dziewczyn. Zaśmiałem się kręcąc głową i spojrzałem na resztę.
- O co chodzi Ruggero? - zapytałem Facundo, który dorzucał coś do ogniska.
- Sam się zastanawiam... Ostatni ciągle taki jest. W zasadzie od czasu kiedy coś na poważnie zaczęło się dziać między tobą a Tini. - zauważył, podobnie jak ja wcześniej. Spojrzałem na śmiejącą i śpiewającą ukochaną. Na moją twarz wpłynął mimowolnie ciepły uśmiech. Jest taka słodka i delikatna. Nie mam pojęcia jakbym sobie bez niej poradził. Może i powtarzam to w kółko, ale taka jest prawda... Odkąd poznałem Martinę wszystko się zmieniło. Zacząłem uśmiechać się zupełnie bez powodu, pisać głębokie piosenki, poprawiać relację z rodziną i przyjaciółmi. Nareszcie stałem się szczęśliwy, a to wszystko dzięki mojej księżniczce. Właśnie, gdzie ona jest...?


Martina


Mam wspaniałych przyjaciół, chłopaka, rodzinę. Ale czasem odnoszę wrażenie, że ja do nich nie pasuję. Nie wiem... Oni wszyscy są tacy promienni, uśmiechnięci, cieszą się z życia. No a ja? Doszukuję się nie wiadomo jakiego drugiego dna... Kiedyś nawet przeszło mi przez myśl, że Jorge to nie Jorge. Zabawne, czyż nie? Mam ochotę zrobić sobie krzywdę, gdy myślę, że mógłby mnie skrzywdzić. Widzę w jego oczach tyle miłości i troski. A najpiękniejsze jest to, że darzy nią właśnie mnie. To cudowne, że mam przy sobie takich ludzi jak Alejandro, Mariana, Mechi czy Jorge. Bardzo ich kocham.

Siedziałam na piasku, uciekając tam w momencie, kiedy reszta była pochłonięta rozmową. Tinitkę znów wzięło na przemyślenia. Po chwili poczułam jak ktoś siada obok mnie.
- Co tu robisz? - zapytał mnie chłopak kładąc głowę na moich udach. Uśmiechnęłam się i zaczęłam bawić jego włosami.
- Rozmyślam sobie nad życiem. - odpowiedziałam.
- Czyli to co zwykle. - zaczął się śmiać szatyn, za co oberwał w czoło - co Ty taka brutalna? - zaczął masować obolałe miejsce, na co ja zaczęłam się śmiać i po chwili położyłam obok niego.
- Ja chyba do was nie pasuję, wiesz? - westchnęłam patrząc w gwiazdy, które przebijały się gdzieniegdzie na niebie. Jorge widocznie się zdziwił, gdyż oparł się na łokciu i spojrzał na mnie pytająco.
- Dlaczego tak uważasz? - zapytał. Spojrzałam na niego i pogładziłam jego policzek. Jorge tylko uśmiechnął się i chwycił moją dłoń, całując ją. Przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
- Spójrz na was wszystkich... Jesteście tacy wspaniali, szczęśliwi, sławni. Mogłeś sobie znaleźć dziewczynę z bilboardu, a nie Madrytu. - posmutniałam.
- Tylko, że zakochałem się w dziewczynie z Madrytu. W prawdziwej, naturalnej, uśmiechniętej - pstryknął mnie w nosek - Martinie Stoessel. I to ją kocham, a nie pierwszą lepszą dziewczynę z bilboardu. - na te słowa jakoś odetchnęłam. Nie wiem dlaczego, ale uspokoił mnie.
- Kocham Cię. - szepnęłam całując go czule. Jest niesamowity.
- Ja to wiem. - zaśmiał się przerzucając mnie przez ramię.
- Blanco postaw mnie natychmiast! - pisnęłam. Jednak mój wspaniały chłopak postanowił zrobić inaczej. Zaczęłam się śmiać. Jest taki słodki! Wbiegł do morza, stawiając mnie dopiero w wodzie. Zarzuciłam dłonie za jego szyją, a on objął mnie w pasie, po czym nasze usta złączyły się w pocałunku. Oh słodki losie, czym ja sobie na niego zasłużyłam?


Jorge


W Madrycie miałem zostać jeszcze trzy dni. Następnie musiałem wracać do Buenos Aires. Wróciły wywiady, nagrania i inne tego typu sprawy. A pomiędzy tym wszystkim związek z Martiną. Boję się, że nie dam rady i zawalę, a ona będzie cierpieć. To ostatnie czego pragnę. Dzisiaj jesteśmy umówieni w pobliskiej kawiarni. To jednak nasze ostatnie chwile razem i chcemy je jak najlepiej wykorzystać. Ja zresztą też mam już plany na najbliższe dni. Oprócz tego, muszę z nią koniecznie porozmawiać na temat "Esperanza mia". To ogromna, a kto wie, może i jej życiowa szansa, której nie może zaprzepaścić. Chcę jej pomóc spełnić marzenia, tak jak ona spełniła moje, o prawdziwej miłości.

O umówionej godzinie udałem się do tej kawiarni w stylu lat '70. Pamiętam jak wtedy przyjechałem tam dla Martiny. I zaczęły się te nasze podchody. Ale teraz nareszcie jesteśmy razem i możemy cieszyć się sobą nawzajem.
- O wilku mowa. - pomyślałem, widząc ukochaną wchodzącą do budynku. Zaczęła rozglądać się za mną, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, momentalnie się uśmiechnęła. Wyglądała prześlicznie. Zresztą ona zawsze świetnie wygląda. Cała jest idealna.
- Hej. - uśmiechnęła się dając mi krótkiego buziaka, które ja oczywiście przedłużyłem. Objąłem ją w talii i założyłem kosmyk jej włosów za ucho. Ta jednak po chwili niechętnie przerwała pocałunek.
- Wszyscy na nas patrzą. - zauważyła.
- I dobrze, niech wiedzą, jaką mam cudowną dziewczynę! - ostatnie słowa zacząłem wykrzykiwać na prawie całą kawiarnię, jednak Tini szybko zakryła mi buzię dłonią.
- Zamknij się. - wycedziła przez zęby próbując powstrzymać śmiech. Uśmiechnąłem się triumfalnie, po czym oboje usiedliśmy przy stoliku. Chwilę później pojawiła się przy nas młodziutka kelnerka, na oko nawet młodsza od Tini.
- Czy mogę przyjąć zamówienie? - powiedziała oblizując wargę i wpatrując się we mnie. Widziałem kątem oka niezadowolenie Martiny. Bawiły mnie obydwie.
- Oczywiście. - odpowiedziałem puszczając oczko ukochanej. Uspokoiła się w duchu. Rudowłosa kelnerka wyjęła notesik i zaczęła notować.
- Poproszę dwa razy torcik bezowy, a oprócz tego dwa razy frappucino. - odparłem patrząc w kartę.
- Dla pana wezmę najładniejszy kawałek. - zachichotała. Znajdująca się w dłoni Tini karteczka momentalnie została zgnieciona - czy ma pan jeszcze jakieś życzenia? - zapytała trzepocząc rzęsami, które nawet ja zauważyłem, że są doczepiane.
- Ja mam życzenie, kochanie, weźmy jeszcze truskawki i bitą śmietanę, pamiętasz, tak jak wtedy w Argentynie, kiedy siedzieliśmy pod tamtym drzewem. Nigdy nie zapomnę tamtego popołudnia. - powiedziała siedząca naprzeciwko mnie, akcentując każde słowo, pokazujące, że "jestem tylko jej". Zaśmiałem się pod nosem. Dziewczyna niezbyt zadowolona odeszła w stronę innych stolików. Odprowadziłem ją wzrokiem, a już po chwili poczułem smak malinowej pomadki Tini. Odwzajemniłem pocałunek z uśmiechem.
- Mała zazdrośnico, ludzie patrzą. - zaśmiałem się cicho splatając nasze dłonie razem.
- Niech patrzą i zazdroszczą. - puściła mi oczko.


Ashley

Błąkałam się uliczkami Madrytu. Jestem tutaj pierwszy raz. Ale musiałam przyjechać. Muszę odnaleźć Diego, a jak nie jego, to chociaż kogoś z jego przyjaciół. Strasznie za nim tęsknię, a poza tym... Ostatnia dowiedziałam się okrutnej prawdy. Muszę mu powiedzieć, co czuję, zanim będzie za późno. Kocham go i nawet, jeśli on nie odwzajemnia moich uczuć, to muszę mu powiedzieć. Wyrok jaki usłyszałam załamał mnie i muszę zrobić wszystko to, na co wcześniej nie miałam odwagi.
Pobyt Dominguez'a w Portugalii zupełnie odmienił moje życie. Zakochałam się, do szaleństwa. Nie myślałam o niczym innym, tylko nim. A gdy wyjechał wszystko jakby straciło barwy i znów stało się szare. 
Nie umiem opisać uczucia jakim jest miłość. To prostu pojawia się i jest. W takich momentach zapominasz o całym świecie, a gdy wreszcie oprzytomniejesz, uświadamiasz sobie, jakie błędy popełniłaś/łeś będąc w tym niesamowitym transie. Jednak nie żałuję, że się zakochałam. Ba, jestem szczęśliwa. Bo nareszcie znalazłam choć iskrę nadziei na lepsze jutro.
Spacerując tak przez park, zauważyłam pewną parę. Doskonale wiedziałam kto to.
- Martina. - pomyślałam szczęśliwa. Nie myślałam, że pójdzie tak łatwo. W tak dużym mieście odnaleźć przyjaciółkę ukochanego. Szybko podeszłam do niej.
- To Ty jesteś Martina, prawda? - zapytałam z nadzieją. Szatynka spojrzała zdezorientowana na Jorge, jednak gdy chciała coś powiedzieć, przerwałam jej - musisz mi pomóc odnaleźć Diego. Jestem Ashley. - dziewczyna zamarła.


♥♥♥


No prooooszę, któż to raczył dodać rozdział! Żyję misiaki, żyję. Tylko potrzebowałam przerwy. Ale nareszcie przybywam. A więc jak się czujecie? Mamy godzinę 2 w nocy, a w zasadzie to 3, bo przestawiamy godzinę ._. ... Tia, wspaniale. 
Jejku, tyle się u mnie wydarzyło przez te trzy miesiące! Spotkałam się ponownie z internetową przyjaciółką (Olcia tęsknię :c), miałam urodzinki i awww, poznałam moje czytelniczki. W zasadzie zupełnie przypadkiem. 
Bowiem przed bitwą Vilovers w Radiu Young Stars, 24 marca, powstała konfa... I tak się złożyło, że rozmawiając o różnorodnych fanfictions, podrzuciłam linka do mojego bloga. Jejku, nie jestem w stanie opisać tego uczucia. Zawsze marzyłam o czymś takim, że ktoś będzie szczęśliwy, bo mnie poznał. Łzy kręciły mi się w oku czytając wiadomości "to dzięki Tobie zaczęłam pisać", "uwielbiam Twojego bloga", "to mój ulubiony blog"... Życzę każdej blogerce tego, aby spotkała się z takimi osobami <3 Kasia, Julka i Nata, pozdrawiam! ♥ Naprawdę, to niesamowite... A najlepsze jest to, że wszystko wyszło na jaw zupełnie przez przypadek! 
Dziękuję Wam wszystkim, za to, że jesteście. NIE DAŁABYM BEZ WAS RADY, NAPRAWDĘ.
A jeszcze - jeśli w czwartek, o 19, słuchaliście Radia Young Stars, bitwy grupy G, w tym Vilovers, to ta reprezentantka gaduła to byłam ja, haha :D ^^ :***


Jeszcze kilka ogłoszeń:
ROZDZIAŁY NIE BĘDĄ SIĘ POJAWIAĆ REGULARNIE - po prostu nie jestem w stanie ich pisać na bieżąco. Piszę wtedy, gdy znajduję czas, a teraz o niego naprawdę u mnie ciężko. Ale spokojnie, to nie tak, że rozdziały będą co trzy miesiące, nie nie. Po prostu nie liczcie na to, że w każdy załóżmy piątek będzie rozdział. Wiem, że obiecywałam co innego. Niestety, siła wyższa, przepraszam.

PRZYPOMINAM O MOIM FACEBOOKU - jeśli chcecie mieć ze mną jakikolwiek kontakt, to zapraszam tutaj, z pewnością szybciutko odpowiem <3 KLIK

I OCZYWIŚCIE WESOŁYCH ŚWIĄT! Na te święta Wielkiej Nocy życzę Wam z całego serducha bogatego zająca, mokrego dyngusa, smacznego jajca, odpoczynku i dużo radości. Przesyłam Wam miliony buziaków!

PS. Wracamy do szantażyku. Przepraszam, muszę.

30 komentarzy ~ rozdział 37

Besos Aniołki moje!
Mrs.Blanco



Chat~!~